Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retrospekcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retrospekcje. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 sierpnia 2015
Muzeum Narodowe w Poznaniu - Sztuka polska II połowy XX w.
Druga część wspominków z wyprawy do Muzeum Narodowego w Poznaniu. Tym razem zachęcam do rzucenia okiem na mój spontaniczny ranking pięćdziesięciu ulubionych dzieł z ekspozycji "Sztuka polska II połowy XX wieku". Oprócz konwencjonalnych obrazów znajdziecie tu oczywiście wiele prac eksperymentalnych (choćby pod względem wykorzystanych przez artystów surowców, takich jak... włosy bądź przedmioty codziennego użytku), vide Ambalaże Tadeusza Kantora.
1.Jan Tarasin - Wrota (1964/1965)
2.Tadeusz Kantor - Ambalaże (1968)
3.Leszek Knaflewski - Rain-carnation (1994)
4.Kajetan Sosnowski - Spacer na Bielany (1956)
5.Władysław Hasior - Wyszywanie charakteru (1974)
6.Andrzej Wróblewski - Partyzanci (1949)
7.Radosław Szlaga - Mieszamy kolory
8.Edward Dwurnik - Odpoczynek na molo
9.Zbigniew Makowski - Mariam (1968)
10.Andrzej Wróblewski - Głowa z literami (1957)
11.Alfred Lenica - Pobudliwość I i II (1965/1966)
12.Zbigniew Makowski - Incipit mundus (1967)
13.Jerzy Piotrowicz - Muzykanci w pracowni Picassa (1994)
14.Ryszard Grzyb - Szalony jeździec bez głowy (1985)
15.Stefan Gierowski - Obraz DII (1983)
16.Edward Dwurnik - Konstytucja 3 maja 1791 (1989)
17.Jarosław Modzelewski - Trudności z utrzymaniem równowagi (1987)
18.Łukasz Korolkiewicz - Smugi cienia (1980)
19.Stefan Wojnecki - Układ kryształów (1959)
20.Jan Tarasin - Magazyn - pożar (1977)
21.Kazimierz Mikulski - Czarne kwiaty (1949)
22.Leon Tarasiewicz - Kompozycja bez tytułu (1989)
23.Stanisław Teisseyre - Pomoc wojska przy żniwach (1950)
24.Alfred Lenica - Okres legendy
25.Jerzy Nowosielski - Obecność kobiety - wnętrze z kobietami (1972)
26.Ewa Kuryluk - Kontur mojego cienia (1978)
27.Andrzej Dłużniewski - Łąka i śmierć (1987)
28.Jerzy Tchórzewski - Kompozycja (1956)
29.Tadeusz Kantor - Głowa (1967)
30.Edward Dwurnik - Człowiek z żółtą teczką
31.Jerzy Kujawski - Kompozycje surrealistyczne (1948)
32.Kazimierz Mikulski - Pejzaż (1951)
33.Edward Dwurnik - Dwunastu apostołów bez Jezusa
34.Tadeusz Kantor - Amarapura (1957)
35.Roman Opałka - Obraz liczony (1965)
36.Zofia Kulik - Marsz, marsz, marsz (1990)
37.Jerzy Nowosielski - Portret (1960)
38.Marian Bogusz - Koncert Bacha w kościele św. Tomasza w Lipsku (1956)
39.Zbigniew Makowski - Kompozycja (1963)
40.Grzegorz Kowalski - Krzesło (1974-1975)
41.Jacek Sienicki - Wnętrze niebieskie (1979)
42.Antoni Starczewski - Kompozycja z owoców i warzyw
43.Jonasz Stern - Tablica
44.Bronisław Kierzkowski - Kompozycja fakturowa nr 433 (1958)
45.Jerzy Nowosielski - Martwa natura (1965)
46.Jacek Sienicki - Portret (1977)
47.Wojciech Fangor - SU 10 (1971)
48.Ryszard Winiarski - Area 202 (1974)
49.Jadwiga Maziarska - Metaliczna mowa
50.Henryk Stażewski - Obraz nr 121
niedziela, 2 sierpnia 2015
Muzeum Narodowe w Poznaniu - Sztuka polska I połowy XX w.
Wyprawa do Muzeum Narodowego w Poznaniu zmotywowała mnie, by co jakiś czas publikować na blogu niezobowiązujące, subiektywne rankingi ulubionych dzieł z konkretnych ekspozycji. Na początek - sztuka polska pierwszej połowy XX wieku i piętnaście obrazów, które na żywo spodobały mi się najbardziej.
1.Gustaw Gwozdecki - Sen św. Augustyna
2.Rafał Malczewski - Inwalida wojenny
3.Tadeusz Makowski - Maskarada
4.Stanisław Ignacy Witkiewicz - Portret Neny Stachurskiej
5.Rafał Malczewski - Wspinaczka
6.Mojżesz Kisling - Morze w Saint Maxime
7.Stanisław Ignacy Witkiewicz - Portret Zofii Szumanowej
8.Maria Ewa Łunkiewicz-Rogoyska - Krajobraz z Saint Malo
9.Rafał Malczewski - Centralny Okręg Przemysłowy
10.Stanisław Ignacy Witkiewicz - Portret Neny Stachurskiej na kurzej stopce
11.Stanisław Kubicki - Mojżesz przed krzewem gorejącym
12.Władysław Roguski - Dancing
13.Tadeusz Makowski - Chłopczyk na łóżku
14.Wojciech Weiss - Promienny zachód słońca
15.Zbigniew Pronaszko - Krajobraz ze Strzyżowa
niedziela, 5 lipca 2015
Open'er Festival 2015
Dość niespodziewanie, na kilka dni przed pierwszym lipca otrzymałem możliwość wyjazdu na swojego siódmego już Open'era. Z nastawieniem "A co mi tam" (line-up, oprócz kilku rewelacyjnych nazw, niezbyt mnie w tym roku przekonywał, a do tego gros artystów kiedyś już widziałem) spakowałem bagaże i ruszyłem w podróż do Gdyni. Ze względu na taki a nie inny charakter wypadu, odpuściłem towarzyszące mi zazwyczaj mocarstwowe plany "obskoczenia wszystkiego co istotne w składzie imprezy od momentu otwarcia bram do ostatniego slotu" (i dobrze, ależ to słońce smażyło!) i nastawiłem się przede wszystkim, choć były odstępstwa, na dłuższe obcowanie z grupką najważniejszych dla mnie muzyków (nawet jeśli miałem już przyjemność uczestniczyć kiedyś w ich występach). Standardowej relacji tym razem więc nie będzie. Żeby jednak wspomnienia się nie zatarły, pokusiłem się o subiektywny ranking koncertów, które wywarły na mnie największe wrażenie. W nawiasach utwory, których wykonania wspominam najmilej:1.Refused ("New Noise", "Liberation Frequency", "Summerholidays vs Punkroutine", "Elektra", "Refused Are Fucking Dead", "Francafrique")
2.Swans ("A Little God In My Hands", "The Apostate", "Frankie M")
3.The Libertines ("Last Post On The...", "Time For Heroes", "Music When The..", "Can't Stand...")
4.Drake ("Hold On We're...", "Started From...", "Take Care", "Find Your Love", "Worst Behavior")
5.Jonny Greenwood & London Contemporary Orchestra ("Electric Counterpoint")
6.Thurston Moore ("Speak To The Wild", "Forevermore", "Germs Burn")
7.Fismoll ("Trifle", "Let's Play Birds", "Eager Boy", "Let Me Breathe Your Sigh")
8.Two Gallants ("Steady Rollin'", "Despite What You've Been Told")
9.D'Angelo & The Vanguard ("Ain't That Easy", "The Charade", "Sugah Daddy", "Betray My...")
10.HV/Noon ("Mono")
11.Modest Mouse ("Doin' The Cockroach", "Dashboard", "Tiny Cities...", "Lampshades On Fire")
12.A$AP Rocky ("Canal St.", "Electric Body", "LPFJ2", "Wild For The Night", "L$D")
13.of Montreal ("Bassem Sabry", "For Our Elegant Caste", "Suffer For Fashion")
14.Faithless ("Insomnia")
15.Curly Heads ("Reconcile", "Love Again")
16.Chet Faker ("Drop The Game", "Melt")
17.Of Monsters and Men ("Mountain Sound", "Dirty Paws", "Little Talks")
18.Eagles of Death Metal ("Cherry Cola")
Zahaczyłem też o fragmenty Enter Shikari i The Dumplings, ale no... no nie. Czwarty dzień interesował mnie najmniej, a zważywszy na to, że niemal wszystkich kluczowych artystów z tegoż już widziałem, uznałem, że najlepszym wyjściem będzie powrót o dzień wcześniej, dzięki czemu bez tłoku i w komfortowych warunkach mogłem sobie podróżować w klimatyzowanym pociągu. Szybko trzeba się jednak zregenerować, bo na horyzoncie czekają już "Inne Brzmienia" w Lublinie - z Einsturzende Neubauten, Tonym Allenem czy The Plastic People of The Universe na czele.
środa, 7 sierpnia 2013
Off Festival 2013, relacja - Dzień 3 (04.08)
Potężny finał.
Autre Ne Veut - 8/10
Złe dobrego początki, bo jak inaczej określić pięciominutowe spóźnienie na Play by Play w dniu z być może najlepszym line-upem w historii off-a? Na szczęście Artur Ashin zrehabilitował się za setlistową przebiegłość równym i wysokim poziomem reszty występu, sprawiając, że hity w stylu Counting czy Ego Free Sex Free (wersja live poszukiwana) wybrzmiały na żywo jeszcze lepiej niż na świetnej przecież płycie.
Japandroids - ?/10 (dwa utwory)
Ewakuowałem się po kilku minutach. Rzekoma koncertowa siła Kanadyjczyków na mnie akurat nie podziałała.
John Grant - ?/10 (jeden utwór)
Fucked Up - 7/10
Totalnie porąbany noise z wyróżnikiem w postaci miotającego się wśród publiczności, roznegliżowanego frontmana, najwyraźniej dumnego ze swej pokaźnej masy. Co lepsze, ta groteskowa młócka trzymała naprawdę porządny poziom, a w uszach szumiało mi jeszcze kilka minut po (nieco przedwczesnym) opuszczeniu namiotu trójki. Namiastka pod tym linkiem.
Molesta - 5,5/10 (kilka utworów)
Nie był to poziom Kalibra 44 z Open'era, ale mimo okazjonalnej dawki banału pojawiały się momenty naprawdę godne uwagi. Szczególnie porwało Wiedziałem, że tak będzie, z absurdalnym wstępem w postaci Długości dźwięku samotności Myslovitz. Kawałek wypadł światowo i zdecydowanie poprawił moją finalną ocenę scenicznej ekwilibrystyki Vienia, Włodiego i Pelsona.
Thee Oh Sees - 6/10 (trzy utwory)
Duże podobieństwo do piątkowych Dope Body, tyle że jakość łomotu o wiele ambitniejsza. Sympatycy pogowania byli pewnie w swoim żywiole, ale mój organizm dawał nieśmiałe znaki, żeby oszczędzać się na potem (bardzo mądry). Oddaliłem się więc do strefy gastronomicznej, zajmując wraz z upolowanym jedzeniem i piciem możliwie optymalną pozycję do komfortowej recepcji reaktywowanej na off-a grupy...
Super Girl & Romantic Boys (kilka utworów)
Założenia udało się raczej zrealizować: powiew lat osiemdziesiątych był odczuwalny, a poza tym brzmieli prawie tak dobrze jak w studiu. Za jedyny niedosyt mogę uznać fakt, że Spokój słyszałem z drugiego końca festiwalu, a tego, czy byłem obecny na Zimnym dniu do teraz nie mogę zidentyfikować. Z uwagi na powyższy, wynikający z miejsca obserwacji (miasteczko festiwalowe) chaos, nie podejmę się cyferkowej oceny.
Deerhunter - 9/10
Współwinni największego festiwalowego dylematu (równolegle swój show prezentowali wyborni szwedzcy jazzmani z grupy Fire!). Planowałem na obie grupy poświęcić po pół godziny, a że bliżej miałem do sceny głównej, zacząłem od Bradforda Coxa z zespołem. Co też oni narobili! Wszystkie kawałki nabrały na żywo niesamowitej mocy i nie miało żadnego znaczenia czy były to nieśmiertelne klasyki (jak Agoraphobia i Helicopter) czy obficie eksponowane utwory z najnowszej Monomanii (choćby Back to the Middle i Dream Captain). Do tego - totalnie noise'owe zakończenie, mocarnie współgrające z szaloną grą świateł i niebezpiecznie zajeżdżające najlepszą możliwą drone'owatością... Coś pięknego. Gdyby jeszcze tylko zagrali Sailing, byłyby chyba prywatne rejony dziesiątkowe. I, tak, jak łatwo się domyślić, przez to wszystko w ogóle nie zajrzałem na Fire!. W takich okolicznościach ani trochę jednak tego nie żałuję.
Goat - 9/10 (kilka utworów)
Zasłuchiwałem się w ich płycie, ale nie spodziewałem się, że na żywo są aż tak rewelacyjni. W kategorii kolorytu (stroje, wizualizacje, choreografia) zdeklasowali wszystkich na tegorocznej edycji. Jaki ja byłem głupi, biegnąc po jakichś 20 minutach bukować już sobie idealne miejsce na My Bloody Valentine, na którym, jak się okazało, wcale nie było z przodu specjalnego ścisku... Na szczęście zaczęli zgodnie z numerkami indeksów na albumie i zaraz na początku wybrzmiało Diarabi (w ogóle, znaleźć swój kwadrans w jakości HD - bezcenne). Strasznie żałuję przegapienia najbardziej uwielbianego Goatlord (tzn. słyszałem, ale spod głównej sceny, więc się nie liczy). Jak tylko będą grali gdzieś w waszym pobliżu, to nawet się nie zastanawiać, energetyczny majstersztyk.
My Bloody Valentine - 10/10
Co tu pisać, na naszych oczach działa się historia. Prywatni bogowie wielu (choć sądząc po dość kompromitującej frekwencji - nie większości) offowiczów pojawili się w końcu na polskiej ziemi, dając koncert jaki pamiętać się będzie jeszcze bardzo długo. Stężenie hałasu absolutnie nie zawiodło, prowokując do bezwiednego rozbijania bulgocącej, noise'owej skorupy w poszukiwaniu znajomych motywów (pożarli nawet będące klarownym punktem odniesienia wokale!). Tym pozornie prostym zabiegiem zmanipulowali moją recepcję do tego stopnia, że nie poznałem chyba aż trzech kawałków. Ziemia drżała, uszy krwawiły, warstwy się przenikały, a plastyczne wizualizacje nieustannie napędzały ten trans. Oprócz Sometimes zagrali wszystko, na co czekałem, ale absolutnie zniszczyli mnie pod koniec, implementując w szczególnie wyczekiwane You Made Me Realise kilkuminutowego potwora, hałas w najczystszej postaci, stanowiący, jak podejrzewam, swoisty post-russolowski manifest, którym roztrzaskali moje zmysły w drobny mak. Ludzie zatykali uszy, a ja pałałem się tą kakofoniczną symfonią rozszarpującą jakiekolwiek uporządkowanie. W setliście pojawiły się też m.in. When You Sleep, Only Shallow, I Only Said, a nawet - drum'n'bass'owe Wonder 2. Na sam koniec pozdrowienia i wyrazy współczucia dla mieszkających nieopodal katowiczan, z pewnością znów posypią się pozwy o agresywne zagłuszanie ciszy nocnej;)
John Talabot - 8/10
Niezwykle przystępne w swej tanecznej delikatności zakończenie tegorocznego Off-a. Katalończyk umiejętnie operował własnymi przebojami (najbardziej wciągnąłem się w Oro y Sangre i When The Past Was Present), a świadomość, że to już mój ostatni koncert festiwalu kazała czerpać z niego ile tylko się da. Po jakiejś godzinie, melancholijny chillout został niestety zastąpiony przez... stukot pędzącego pociągu. Ale nic to, do zobaczenia za rok!
TOP 5 DNIA :
1.My Bloody Valentine
2.Deerhunter
3.Goat (20 minut)
4.Autre Ne Veut i John Talabot - ex aequo
TOP 15 FESTIWALU :
1.Bohren & der Club of Gore i My Bloody Valentine (niczym yin i yang) - ex aequo
3.Deerhunter Nite Jewel and Peanut Butter Wolf Goat - ex aequo
6.Blondes Godspeed You! Black Emperor The Soft Moon Zeni Geva - ex aequo
10.Autre Ne Veut Shackleton John Talabot - ex aequo
13.Buke and Gase Laurel Halo - ex aequo
15.Holy Other
Autre Ne Veut - 8/10
Złe dobrego początki, bo jak inaczej określić pięciominutowe spóźnienie na Play by Play w dniu z być może najlepszym line-upem w historii off-a? Na szczęście Artur Ashin zrehabilitował się za setlistową przebiegłość równym i wysokim poziomem reszty występu, sprawiając, że hity w stylu Counting czy Ego Free Sex Free (wersja live poszukiwana) wybrzmiały na żywo jeszcze lepiej niż na świetnej przecież płycie.
Japandroids - ?/10 (dwa utwory)
Ewakuowałem się po kilku minutach. Rzekoma koncertowa siła Kanadyjczyków na mnie akurat nie podziałała.
John Grant - ?/10 (jeden utwór)
Fucked Up - 7/10
Totalnie porąbany noise z wyróżnikiem w postaci miotającego się wśród publiczności, roznegliżowanego frontmana, najwyraźniej dumnego ze swej pokaźnej masy. Co lepsze, ta groteskowa młócka trzymała naprawdę porządny poziom, a w uszach szumiało mi jeszcze kilka minut po (nieco przedwczesnym) opuszczeniu namiotu trójki. Namiastka pod tym linkiem.
Molesta - 5,5/10 (kilka utworów)
Nie był to poziom Kalibra 44 z Open'era, ale mimo okazjonalnej dawki banału pojawiały się momenty naprawdę godne uwagi. Szczególnie porwało Wiedziałem, że tak będzie, z absurdalnym wstępem w postaci Długości dźwięku samotności Myslovitz. Kawałek wypadł światowo i zdecydowanie poprawił moją finalną ocenę scenicznej ekwilibrystyki Vienia, Włodiego i Pelsona.
Thee Oh Sees - 6/10 (trzy utwory)
Duże podobieństwo do piątkowych Dope Body, tyle że jakość łomotu o wiele ambitniejsza. Sympatycy pogowania byli pewnie w swoim żywiole, ale mój organizm dawał nieśmiałe znaki, żeby oszczędzać się na potem (bardzo mądry). Oddaliłem się więc do strefy gastronomicznej, zajmując wraz z upolowanym jedzeniem i piciem możliwie optymalną pozycję do komfortowej recepcji reaktywowanej na off-a grupy...
Super Girl & Romantic Boys (kilka utworów)
Założenia udało się raczej zrealizować: powiew lat osiemdziesiątych był odczuwalny, a poza tym brzmieli prawie tak dobrze jak w studiu. Za jedyny niedosyt mogę uznać fakt, że Spokój słyszałem z drugiego końca festiwalu, a tego, czy byłem obecny na Zimnym dniu do teraz nie mogę zidentyfikować. Z uwagi na powyższy, wynikający z miejsca obserwacji (miasteczko festiwalowe) chaos, nie podejmę się cyferkowej oceny.
Deerhunter - 9/10
Współwinni największego festiwalowego dylematu (równolegle swój show prezentowali wyborni szwedzcy jazzmani z grupy Fire!). Planowałem na obie grupy poświęcić po pół godziny, a że bliżej miałem do sceny głównej, zacząłem od Bradforda Coxa z zespołem. Co też oni narobili! Wszystkie kawałki nabrały na żywo niesamowitej mocy i nie miało żadnego znaczenia czy były to nieśmiertelne klasyki (jak Agoraphobia i Helicopter) czy obficie eksponowane utwory z najnowszej Monomanii (choćby Back to the Middle i Dream Captain). Do tego - totalnie noise'owe zakończenie, mocarnie współgrające z szaloną grą świateł i niebezpiecznie zajeżdżające najlepszą możliwą drone'owatością... Coś pięknego. Gdyby jeszcze tylko zagrali Sailing, byłyby chyba prywatne rejony dziesiątkowe. I, tak, jak łatwo się domyślić, przez to wszystko w ogóle nie zajrzałem na Fire!. W takich okolicznościach ani trochę jednak tego nie żałuję.
Goat - 9/10 (kilka utworów)
Zasłuchiwałem się w ich płycie, ale nie spodziewałem się, że na żywo są aż tak rewelacyjni. W kategorii kolorytu (stroje, wizualizacje, choreografia) zdeklasowali wszystkich na tegorocznej edycji. Jaki ja byłem głupi, biegnąc po jakichś 20 minutach bukować już sobie idealne miejsce na My Bloody Valentine, na którym, jak się okazało, wcale nie było z przodu specjalnego ścisku... Na szczęście zaczęli zgodnie z numerkami indeksów na albumie i zaraz na początku wybrzmiało Diarabi (w ogóle, znaleźć swój kwadrans w jakości HD - bezcenne). Strasznie żałuję przegapienia najbardziej uwielbianego Goatlord (tzn. słyszałem, ale spod głównej sceny, więc się nie liczy). Jak tylko będą grali gdzieś w waszym pobliżu, to nawet się nie zastanawiać, energetyczny majstersztyk.
My Bloody Valentine - 10/10
Co tu pisać, na naszych oczach działa się historia. Prywatni bogowie wielu (choć sądząc po dość kompromitującej frekwencji - nie większości) offowiczów pojawili się w końcu na polskiej ziemi, dając koncert jaki pamiętać się będzie jeszcze bardzo długo. Stężenie hałasu absolutnie nie zawiodło, prowokując do bezwiednego rozbijania bulgocącej, noise'owej skorupy w poszukiwaniu znajomych motywów (pożarli nawet będące klarownym punktem odniesienia wokale!). Tym pozornie prostym zabiegiem zmanipulowali moją recepcję do tego stopnia, że nie poznałem chyba aż trzech kawałków. Ziemia drżała, uszy krwawiły, warstwy się przenikały, a plastyczne wizualizacje nieustannie napędzały ten trans. Oprócz Sometimes zagrali wszystko, na co czekałem, ale absolutnie zniszczyli mnie pod koniec, implementując w szczególnie wyczekiwane You Made Me Realise kilkuminutowego potwora, hałas w najczystszej postaci, stanowiący, jak podejrzewam, swoisty post-russolowski manifest, którym roztrzaskali moje zmysły w drobny mak. Ludzie zatykali uszy, a ja pałałem się tą kakofoniczną symfonią rozszarpującą jakiekolwiek uporządkowanie. W setliście pojawiły się też m.in. When You Sleep, Only Shallow, I Only Said, a nawet - drum'n'bass'owe Wonder 2. Na sam koniec pozdrowienia i wyrazy współczucia dla mieszkających nieopodal katowiczan, z pewnością znów posypią się pozwy o agresywne zagłuszanie ciszy nocnej;)
John Talabot - 8/10
Niezwykle przystępne w swej tanecznej delikatności zakończenie tegorocznego Off-a. Katalończyk umiejętnie operował własnymi przebojami (najbardziej wciągnąłem się w Oro y Sangre i When The Past Was Present), a świadomość, że to już mój ostatni koncert festiwalu kazała czerpać z niego ile tylko się da. Po jakiejś godzinie, melancholijny chillout został niestety zastąpiony przez... stukot pędzącego pociągu. Ale nic to, do zobaczenia za rok!
TOP 5 DNIA :
1.My Bloody Valentine
2.Deerhunter
3.Goat (20 minut)
4.Autre Ne Veut i John Talabot - ex aequo
TOP 15 FESTIWALU :
1.Bohren & der Club of Gore i My Bloody Valentine (niczym yin i yang) - ex aequo
3.Deerhunter Nite Jewel and Peanut Butter Wolf Goat - ex aequo
6.Blondes Godspeed You! Black Emperor The Soft Moon Zeni Geva - ex aequo
10.Autre Ne Veut Shackleton John Talabot - ex aequo
13.Buke and Gase Laurel Halo - ex aequo
15.Holy Other
Off Festival 2013, relacja - Dzień 2 (03.08)
Popołudniowe przeciętniactwo vs nocne królestwo depresji i melancholii.
METZ - ?/10 (jeden utwór)
KTL - 5/10
Legendarni już Stephen O'Malley (m.in. Sunn O)))) i Peter Rehberg zaszumili jednostajnymi dronami przestrzeń sceny eksperymentalnej. Szkoda tylko, że oprócz dość monotonnego hałasu, ciężko było dopatrzyć się w ich brzmieniu jakiejkolwiek oryginalności. Po 30 minutach ewakuowałem się więc na...
Merchandise - 4/10 (trzy utwory)
Bardzo schematyczne, poprawne rockowe granie. W zasadzie nie mam po tym występie żadnych refleksji, więc nie zamierzam ściemniać.
Jens Lekman - 3/10 (dwa utwory)
Zdarzają mi się (na szczęście dość rzadko) takie sytuacje, że stojąc z przodu, wśród zachwyconego tłumu, myślę sobie: a)ej, co ja tu robię? b)ale tanie. Tak właśnie poczułem się na koncercie sympatycznego studyjnie Szweda, czmychając po 6 minutach tej hipsterskiej happysadowości.
The Paradise Bangkok Molam International Band - 5/10
Oglądałem wylegując się na trawce. Nie było może takiego ognia, jak niegdyś na Omarze Souleymanie, ale ta podana w nieco zeuropeizowanym sosie egzotyka z pewnością świetnie nadawała się do rytmicznego potupywania. W miarę udane zastępstwo za odwołaną niedługo przed festiwalem Solange.
Brutal Truth - 4/10 (cztery utwory)
Nic specjalnego. Mimo imponującego (na swój sposób;) growlingu Kevina Sharpa, grindcore'owcy z Nowego Jorku bardzo szybko utonęli w irytującej powtarzalności. Po jakimś kwadransie nie było mnie już pod sceną leśną.
Julia Holter - 5/10 (dwa utwory)
Bardzo cieszyłem się na ten koncert, ale niestety, równie mocno się rozczarowałem. Holter jest oczywiście przesympatyczna, kupiła cały namiot już swoim pierwszym tekstem, ale specyficzny minimalizm w instrumentarium sprawił, że miejsce hipnotycznego czaru zajęła nuda i nawet anielski wokal nie okazał się w tej niezręczności zbyt pomocny. Wolałem więc udać się czym prędzej na solidny posiłek przed zbliżającymi się najlepszymi występami dnia, niż psuć swój ciepły stosunek do jej dwóch najistotniejszych długograjów. Tak oto ze strefy gastronomicznej doświadczyłem sporego fragmentu...
The Walkmen - 4/10
Kolejny przeciętny występ. Momenty fatalne (w okolicach 2/10) przeplatały się z całkiem niezłymi (choćby wykonanie The Rat). Im częściej uczestniczę ostatnio w schematycznych, stricte gitarowych koncertach, tym bardziej mam wrażenie, że chyba już z nich wyrosłem.
Bohren & der Club of Gore - 10/10 ! ! !
ARCYDZIEŁO! Najbardziej klimatyczny z ponad 600 koncertów w moim życiu. Zmierzając w stronę sceny eksperymentalnej liczyłem po cichu na coś wielkiego, ale atmosfera jaką wytworzył ten skrajnie depresyjny, niemiecki kwartet totalnie przebiła te oczekiwania. Muzycy przez cały występ byli absolutnie zaciemnieni, a jedyne źródło światła stanowiły malutkie lampki (?) usytuowane tuż nad ich głowami, wyglądające niczym aureole nad jakimiś ponadludzkimi istotami. Namiot spowiła cudownie niepokojąca mgła, wyjęta żywcem z Psa Baskerville'ów i wypuszczana na bieżąco w naszą stronę. Jeszcze nigdy w mojej koncertowej karierze żaden saksofon tak idealnie nie przebijał się przez delikatne brzmienie pianina, hi-hatów i basu. Momentami czułem się jak w najbardziej pokręconych scenach z Miasteczka Twin Peaks, innym razem, jak w zamkniętym grobowcu, a wreszcie - jak w mrocznym lesie bądź opuszczonym, nawiedzonym budynku. Teraz, gdy kalkuluję sobie to na zimno, nie mogę postąpić inaczej niż obwołać ich najlepszym koncertem festiwalu (razem z MBV). Nagrań z OFF-a oczywiście brak, więc jeśli chcecie doświadczyć choć zalążka tego, o czym piszę, zróbcie tak:
1)zapalcie w nocy dwie świece 2)zgaście światło w pokoju 3)odpalcie bardzo głośno Midnight Walker oraz On Demon Wings. Miłej zabawy:)
Godspeed You! Black Emperor - 8,5/10
Apokaliptyczni post-rockowcy z Kanady dali niezwykle sugestywny obraz muzycznego zniszczenia, ubarwiany melancholijno-katastroficznymi wizualizacjami w sepii. Początek (zwłaszcza Hope Drone i Mladic) mnie zafascynował, ale po jakimś czasie, chyba gdzieś pod koniec Moyi, zdałem sobie sprawę, że powoli zaczynam się nudzić, w czym tylko utwierdziło mnie wykonanie Behemotha. Być może wciąż byłem nieco znieczulony na bodźce po magicznych Bohrenach, ale nie zmienia to faktu, że GY!BE odstawili jeden z najlepszych koncertów offa, deklasując chociażby to, co próbował na żywo sprzedać Mogwai dwa lata temu.
Austra - 6,5/10 (kilka utworów)
Spodziewałem się potańcówki podobnej tej z Blondes, choć w bardziej ludzkim wymiarze. Niestety, nagłośnienie położyło trochę ten występ, a ogromny koncertowy potencjał wersji studyjnych nie do końca został wykorzystany. Szczególnie uderzał rozdźwięk pomiędzy słabymi zwrotkami i mocarnymi refrenami (przykład świetnej energii choćby w What We Done od 1:48). Podobno później było trochę lepiej, ale z racji tego, że równolegle grało Zeni Geva, moja cierpliwość wyczerpała się gdzieś na wysokości szóstego w setliście Home.
Zeni Geva - 8,5/10
Co to było?! Obecni na scenie od 26 lat Japończycy zdemolowali dzikim hałasem scenę eksperymentalną. Psychodeliczne wrzaski, połamane rytmy, niezwykły szum i wreszcie ultradynamiczne oświetlenie - stwarzające swym nieustannym mruganiem złudzenie potężnego arsenału świateł stroboskopowych, nieźle namieszały mi w głowie. Ja chcę jeszcze raz!
Holy Other - 7/10
Wypieszczone, ambientowo-witch house'owe kompozycje świetnie kompilowały się z atrakcyjnymi, niepokojącymi z lekka wizualizacjami. Mimo że ledwo stałem już na nogach, ta nieustanna korespondencja głębokich bitów z oceanem plumknięć i pociętych wokali wielokrotnie zdołała mną poruszyć. Satysfakcjonujące i trafione zakończenie mrocznego dnia.
Circle - ?/10 (jeden utwór)
TOP 5 DNIA :
1.Bohren & der Club of Gore
2.Godspeed You! Black Emperor i Zeni Geva - ex aequo
4.Holy Other
5.Austra
METZ - ?/10 (jeden utwór)
KTL - 5/10
Legendarni już Stephen O'Malley (m.in. Sunn O)))) i Peter Rehberg zaszumili jednostajnymi dronami przestrzeń sceny eksperymentalnej. Szkoda tylko, że oprócz dość monotonnego hałasu, ciężko było dopatrzyć się w ich brzmieniu jakiejkolwiek oryginalności. Po 30 minutach ewakuowałem się więc na...
Merchandise - 4/10 (trzy utwory)
Bardzo schematyczne, poprawne rockowe granie. W zasadzie nie mam po tym występie żadnych refleksji, więc nie zamierzam ściemniać.
Jens Lekman - 3/10 (dwa utwory)
Zdarzają mi się (na szczęście dość rzadko) takie sytuacje, że stojąc z przodu, wśród zachwyconego tłumu, myślę sobie: a)ej, co ja tu robię? b)ale tanie. Tak właśnie poczułem się na koncercie sympatycznego studyjnie Szweda, czmychając po 6 minutach tej hipsterskiej happysadowości.
The Paradise Bangkok Molam International Band - 5/10
Oglądałem wylegując się na trawce. Nie było może takiego ognia, jak niegdyś na Omarze Souleymanie, ale ta podana w nieco zeuropeizowanym sosie egzotyka z pewnością świetnie nadawała się do rytmicznego potupywania. W miarę udane zastępstwo za odwołaną niedługo przed festiwalem Solange.
Brutal Truth - 4/10 (cztery utwory)
Nic specjalnego. Mimo imponującego (na swój sposób;) growlingu Kevina Sharpa, grindcore'owcy z Nowego Jorku bardzo szybko utonęli w irytującej powtarzalności. Po jakimś kwadransie nie było mnie już pod sceną leśną.
Julia Holter - 5/10 (dwa utwory)
Bardzo cieszyłem się na ten koncert, ale niestety, równie mocno się rozczarowałem. Holter jest oczywiście przesympatyczna, kupiła cały namiot już swoim pierwszym tekstem, ale specyficzny minimalizm w instrumentarium sprawił, że miejsce hipnotycznego czaru zajęła nuda i nawet anielski wokal nie okazał się w tej niezręczności zbyt pomocny. Wolałem więc udać się czym prędzej na solidny posiłek przed zbliżającymi się najlepszymi występami dnia, niż psuć swój ciepły stosunek do jej dwóch najistotniejszych długograjów. Tak oto ze strefy gastronomicznej doświadczyłem sporego fragmentu...
The Walkmen - 4/10
Kolejny przeciętny występ. Momenty fatalne (w okolicach 2/10) przeplatały się z całkiem niezłymi (choćby wykonanie The Rat). Im częściej uczestniczę ostatnio w schematycznych, stricte gitarowych koncertach, tym bardziej mam wrażenie, że chyba już z nich wyrosłem.
Bohren & der Club of Gore - 10/10 ! ! !
ARCYDZIEŁO! Najbardziej klimatyczny z ponad 600 koncertów w moim życiu. Zmierzając w stronę sceny eksperymentalnej liczyłem po cichu na coś wielkiego, ale atmosfera jaką wytworzył ten skrajnie depresyjny, niemiecki kwartet totalnie przebiła te oczekiwania. Muzycy przez cały występ byli absolutnie zaciemnieni, a jedyne źródło światła stanowiły malutkie lampki (?) usytuowane tuż nad ich głowami, wyglądające niczym aureole nad jakimiś ponadludzkimi istotami. Namiot spowiła cudownie niepokojąca mgła, wyjęta żywcem z Psa Baskerville'ów i wypuszczana na bieżąco w naszą stronę. Jeszcze nigdy w mojej koncertowej karierze żaden saksofon tak idealnie nie przebijał się przez delikatne brzmienie pianina, hi-hatów i basu. Momentami czułem się jak w najbardziej pokręconych scenach z Miasteczka Twin Peaks, innym razem, jak w zamkniętym grobowcu, a wreszcie - jak w mrocznym lesie bądź opuszczonym, nawiedzonym budynku. Teraz, gdy kalkuluję sobie to na zimno, nie mogę postąpić inaczej niż obwołać ich najlepszym koncertem festiwalu (razem z MBV). Nagrań z OFF-a oczywiście brak, więc jeśli chcecie doświadczyć choć zalążka tego, o czym piszę, zróbcie tak:
1)zapalcie w nocy dwie świece 2)zgaście światło w pokoju 3)odpalcie bardzo głośno Midnight Walker oraz On Demon Wings. Miłej zabawy:)
Godspeed You! Black Emperor - 8,5/10
Apokaliptyczni post-rockowcy z Kanady dali niezwykle sugestywny obraz muzycznego zniszczenia, ubarwiany melancholijno-katastroficznymi wizualizacjami w sepii. Początek (zwłaszcza Hope Drone i Mladic) mnie zafascynował, ale po jakimś czasie, chyba gdzieś pod koniec Moyi, zdałem sobie sprawę, że powoli zaczynam się nudzić, w czym tylko utwierdziło mnie wykonanie Behemotha. Być może wciąż byłem nieco znieczulony na bodźce po magicznych Bohrenach, ale nie zmienia to faktu, że GY!BE odstawili jeden z najlepszych koncertów offa, deklasując chociażby to, co próbował na żywo sprzedać Mogwai dwa lata temu.
Austra - 6,5/10 (kilka utworów)
Spodziewałem się potańcówki podobnej tej z Blondes, choć w bardziej ludzkim wymiarze. Niestety, nagłośnienie położyło trochę ten występ, a ogromny koncertowy potencjał wersji studyjnych nie do końca został wykorzystany. Szczególnie uderzał rozdźwięk pomiędzy słabymi zwrotkami i mocarnymi refrenami (przykład świetnej energii choćby w What We Done od 1:48). Podobno później było trochę lepiej, ale z racji tego, że równolegle grało Zeni Geva, moja cierpliwość wyczerpała się gdzieś na wysokości szóstego w setliście Home.
Zeni Geva - 8,5/10
Co to było?! Obecni na scenie od 26 lat Japończycy zdemolowali dzikim hałasem scenę eksperymentalną. Psychodeliczne wrzaski, połamane rytmy, niezwykły szum i wreszcie ultradynamiczne oświetlenie - stwarzające swym nieustannym mruganiem złudzenie potężnego arsenału świateł stroboskopowych, nieźle namieszały mi w głowie. Ja chcę jeszcze raz!
Holy Other - 7/10
Wypieszczone, ambientowo-witch house'owe kompozycje świetnie kompilowały się z atrakcyjnymi, niepokojącymi z lekka wizualizacjami. Mimo że ledwo stałem już na nogach, ta nieustanna korespondencja głębokich bitów z oceanem plumknięć i pociętych wokali wielokrotnie zdołała mną poruszyć. Satysfakcjonujące i trafione zakończenie mrocznego dnia.
Circle - ?/10 (jeden utwór)
TOP 5 DNIA :
1.Bohren & der Club of Gore
2.Godspeed You! Black Emperor i Zeni Geva - ex aequo
4.Holy Other
5.Austra
wtorek, 6 sierpnia 2013
Off Festival 2013, relacja - Dzień 1 (02.08)
Dolino Trzech Stawów, witaj ponownie.
Organizatorzy kolejny raz stanęli na wysokości zadania, serwując wyborny line-up za śmieszne pieniądze. Jedyne mankamenty, to lejący się z nieba żar (kilka symbolicznych kropli spadło tylko przed My Bloody Valentine trzeciego dnia festiwalu) i dość siermiężnie rozluźniające się kolejki w strefie gastronomicznej. Nie przeciągając, zapraszam na krótką relację z 44 koncertów, na które udało mi się dotrzeć.
Stara Rzeka - 5/10
Gdyby cień chmury znad ukrytego pola przemieścił się w okolicach 15.30 w rejon sceny eksperymentalnej, Jakubowi Ziołkowi zapewne udałoby się mnie zahipnotyzować. Niestety, mroczne drony przy pozamuzycznym akompaniamencie skwaru i wpadającego słońca wypadły dość groteskowo.
Uncle Acid and the Deadbeats - 6,5/10
Kevina Starrsa z ekipą również skrzywdzono godziną występu, a wisienką na pesymistycznym torcie jest fakt, że Blood Lust to jedna z moich ulubionych płyt a.d. 2011; w końcu mało kto w tak psychodeliczny sposób potrafi serwować kwaśne, metalowe riffy. Na szczęście przebojom (I'll Cut You Down czy tegoroczny Mt. Abraxas - wersja z koncertu mile widziana) niestraszne nawet światło dzienne i upały.
Mikal Cronin - 6/10
Wpadłem na trzy utwory, trafiając m.in. na Again and Again. Chwytliwe brzmienie zespołu adekwatnie odzwierciedlało klimat piosenek z najnowszej płyty (MCII), a sam koncert wreszcie jawił się jako optymalny godzinowo do przeznaczonego mu slotu.
Woods - 6/10
Tak brzmiałby pewnie Bob Dylan ukierunkowany w stronę popowej publiczności. Największe wrażenie zrobiło na mnie zróżnicowanie stylistyczne: od delikatnych melodii w stylu Pushing Onlys, po rozbudowane, zaszumione wręcz popisy. Żałuję tylko, że ominęło mnie przepiękne Bend Beyond, ale w zamian udałem się na...
Dope Body - 5/10
Wzorowy przykład niezbyt wyszukanego, acz przyzwoitego noise'owego łomotu w wykonaniu muzyków z ewidentnym scenicznym ADHD. Dla chcących stracić siły przed najciekawszymi występami - idealne, ja, w trosce o uszy ewakuowałem się po dwóch utworach.
The Soft Moon - 8,5/10
Pierwszy piątkowy koncert, z którego wychodziłem zachwycony. The Soft Moon i Zeros szczerze uwielbiam, ale w wersji koncertowej post-punkowy chłód z albumów został dodatkowo okraszony ogromną dawką szumu, swoją drogą świetnie skalibrowanego z wprawiającymi w trans wizualizacjami. Jeśli dodać do tego pojawiający się okazjonalnie niechlujny wokal, przypominający mi nieco Marka Burgessa z The Chameleons, mogę chyba stwierdzić, że z moich wszystkich post-punkowych przeżyć (a było ich sporo) w wersji live, to będzie jednym z najistotniejszych.
Cloud Nothings - ?/10 (jeden utwór)
Buke and Gase - 7,5/10
Największe zaskoczenie dnia. Na scenę eksperymentalną wybrałem się bez większych oczekiwań, a wychodziłem oczarowany. Żeńsko-męski duet kapitalnie się uzupełniał, a kompozycyjne łamańce i charakteryzujące się nieparzystym rytmem detale nadawały brzmieniu ogromnej przestronności. Wyobraźcie sobie tylko, że Houdini Crash czy Hiccup na żywo brzmią dwa razy lepiej.
Girls Against Boys - ?/10 (dwa utwory)
Zbigniew Wodecki + Mitch & Mitch - 6/10 (dwa utwory)
Rehabilitacja muzycznych dokonań Zbigniewa Wodeckiego jest oczywiście zjawiskiem niezwykle szlachetnym (w końcu jak długo ktoś z tak ciekawą płytą i genialnym głosem może być kojarzony z pszczółką Mają), ale trudno pozbyć mi się wrażenia, że mimo wszystko kreowanym przez organizatorów i media nieco na siłę i pod wpływem jakiejś nagłej, zbiorowej reakcji, po której rzeczy niszowe stają się modne (tak, spinam się, bo znam twórczość pana Zbigniewa od dawna;). Niemniej, zaznajomiony z konwencją (wykształcony muzyk i figlarni mitche), po dwóch utworach, a ściślej po bardzo ciepłym Rzuć to wszystko co złe (od 0:37) popędziłem na scenę trójki, co okazało się najlepszą z odważnych decyzji na tegorocznym festiwalu.
Nite Jewel and Peanut Butter Wolf - 9/10
Nokaut numer dwa. Dokonali na pozór niemożliwego, udowadniając, że muzyka Kraftwerk wcale nie musi być zdehumanizowana, a wręcz przeciwnie - stanowi doskonały budulec dla hipnotycznych pląsów. Taneczne interpretacje kawałków z legendarnego Computer World, że przytoczę tylko moje ulubione Computer Love (pozostaje czekać na nagranie z offa) i rewelacyjną wersję It's More Fun to Compute, nie pozwalały ustać w miejscu. Najlepszy koncert dnia!
The Pop Group - 5/10
Przyciągnięty legendą Y zameldowałem się ochoczo w okolicach sceny leśnej, ale niestety, czas nie był chyba zbyt łaskawy dla scenicznej formy Brytyjczyków. Stylistyka koncertu opierała się przede wszystkim na dość siermiężnym lawirowaniu pomiędzy spokojnymi i agresywnymi fragmentami, więc po kilku utworach postanowiłem sprawdzić, co słychać na scenie eksperymentalnej.
Guardian Alien - ?/10 (dwa utwory)
Zamiast oczekiwanej, psychodelicznej jazdy - lekki zawód. Widziałem jednak zbyt mało, żeby oceniać - być może trafiłem na jakiś niefortunny moment.
The Smashing Pumpkins - 3/10
Największe rozczarowanie całego festiwalu. Nowy skład zaprezentował się bardzo statycznie, a co gorsza, sam mózg grupy, Billy Corgan, był tak niewyraźny, jakby wyciągnięto go przed chwilą z reklamy rutinoscorbinu. Doszło nawet do tego, że w momencie gdy grali Tonight... ziewnąłem. Disarm i 1979 również nie porwały. Nie chcę się pastwić, więc zakończę optymistycznie dla tych, którzy na koncercie nie byli: Siamese Dream i Mellon Collie and the Infinite Sadness zdecydowanie lepiej brzmią na dobrym, domowym sprzęcie.
AlunaGeorge - ?/10 (dwa utwory)
Dotarłem na dwa ostatnie utwory i chyba bardziej szczęśliwie niż na White Noise i Your Drums, Your Love trafić już nie mogłem. Duet rozkręcił świetną imprezę, pożerając dwoma wykonami całokształt open'erowych wyczynów swoich kolegów z Disclosure.
Blondes - 8,5/10
Repetytywne arcydzieło. Amerykanie w niezwykle umiejętny sposób rozbudowywali szkielety kolejnych utworów, stawiając w tej sadystycznej zabawie warstwami na jak najdłuższą apoteozę zbliżającej się kulminacji, będącej zresztą jedynie złudnym widmem rozwiązania rosnącego napięcia. Wszyscy wokół mnie wydawaili się być w transie, a to chyba najlepsza możliwa rekomendacja.
Laurel Halo - 7,5/10 (trzy utwory)
Z bólem serca wyrwałem się na nią z końcówki Blondes. Zawzięty wyraz twarzy i niepokojąco rozpuszczone włosy spójnie współgrały z agresywną (zwłaszcza jak na elektronikę) warstwą muzyczną. Nie zidentyfikowałem żadnego z wykonywanych utworów, ale swoim ekstatycznym rozdrażnieniem szybko mnie kupiła, a zważywszy, że dotarłem tylko na kwadrans, jestem w pełni usatysfakcjonowany.
Shackleton - 8/10
Kolejny z gigantów repetytywnej elektroniki, tym razem tej z trybalnymi naleciałościami. Wykończona publika gromadnie pogrążyła się w hipnotycznym tańcu, a zadowolony Brytyjczyk przyozdabiał swoje utwory mnóstwem uzależniających ornamentów. Jako wielki fan Music for the Quiet Hour... miałem ogromną uciechę - zarówno z samego koncertu, jak i z wyławiania subtelnie przekształcanych i nakładanych na siebie plumknięć i stuków.
The Haxan Cloak odwołano.
TOP 5 dnia :
1.Nite Jewel and Peanut Butter Wolf
2.The Soft Moon i Blondes - ex aequo
4.Shackleton
5.Buke and Gase oraz kawałek Laurel Halo i AlunaGeorge - ex aequo
Organizatorzy kolejny raz stanęli na wysokości zadania, serwując wyborny line-up za śmieszne pieniądze. Jedyne mankamenty, to lejący się z nieba żar (kilka symbolicznych kropli spadło tylko przed My Bloody Valentine trzeciego dnia festiwalu) i dość siermiężnie rozluźniające się kolejki w strefie gastronomicznej. Nie przeciągając, zapraszam na krótką relację z 44 koncertów, na które udało mi się dotrzeć.
Stara Rzeka - 5/10
Gdyby cień chmury znad ukrytego pola przemieścił się w okolicach 15.30 w rejon sceny eksperymentalnej, Jakubowi Ziołkowi zapewne udałoby się mnie zahipnotyzować. Niestety, mroczne drony przy pozamuzycznym akompaniamencie skwaru i wpadającego słońca wypadły dość groteskowo.
Uncle Acid and the Deadbeats - 6,5/10
Kevina Starrsa z ekipą również skrzywdzono godziną występu, a wisienką na pesymistycznym torcie jest fakt, że Blood Lust to jedna z moich ulubionych płyt a.d. 2011; w końcu mało kto w tak psychodeliczny sposób potrafi serwować kwaśne, metalowe riffy. Na szczęście przebojom (I'll Cut You Down czy tegoroczny Mt. Abraxas - wersja z koncertu mile widziana) niestraszne nawet światło dzienne i upały.
Mikal Cronin - 6/10
Wpadłem na trzy utwory, trafiając m.in. na Again and Again. Chwytliwe brzmienie zespołu adekwatnie odzwierciedlało klimat piosenek z najnowszej płyty (MCII), a sam koncert wreszcie jawił się jako optymalny godzinowo do przeznaczonego mu slotu.
Woods - 6/10
Tak brzmiałby pewnie Bob Dylan ukierunkowany w stronę popowej publiczności. Największe wrażenie zrobiło na mnie zróżnicowanie stylistyczne: od delikatnych melodii w stylu Pushing Onlys, po rozbudowane, zaszumione wręcz popisy. Żałuję tylko, że ominęło mnie przepiękne Bend Beyond, ale w zamian udałem się na...
Dope Body - 5/10
Wzorowy przykład niezbyt wyszukanego, acz przyzwoitego noise'owego łomotu w wykonaniu muzyków z ewidentnym scenicznym ADHD. Dla chcących stracić siły przed najciekawszymi występami - idealne, ja, w trosce o uszy ewakuowałem się po dwóch utworach.
The Soft Moon - 8,5/10
Pierwszy piątkowy koncert, z którego wychodziłem zachwycony. The Soft Moon i Zeros szczerze uwielbiam, ale w wersji koncertowej post-punkowy chłód z albumów został dodatkowo okraszony ogromną dawką szumu, swoją drogą świetnie skalibrowanego z wprawiającymi w trans wizualizacjami. Jeśli dodać do tego pojawiający się okazjonalnie niechlujny wokal, przypominający mi nieco Marka Burgessa z The Chameleons, mogę chyba stwierdzić, że z moich wszystkich post-punkowych przeżyć (a było ich sporo) w wersji live, to będzie jednym z najistotniejszych.
Cloud Nothings - ?/10 (jeden utwór)
Buke and Gase - 7,5/10
Największe zaskoczenie dnia. Na scenę eksperymentalną wybrałem się bez większych oczekiwań, a wychodziłem oczarowany. Żeńsko-męski duet kapitalnie się uzupełniał, a kompozycyjne łamańce i charakteryzujące się nieparzystym rytmem detale nadawały brzmieniu ogromnej przestronności. Wyobraźcie sobie tylko, że Houdini Crash czy Hiccup na żywo brzmią dwa razy lepiej.
Girls Against Boys - ?/10 (dwa utwory)
Zbigniew Wodecki + Mitch & Mitch - 6/10 (dwa utwory)
Rehabilitacja muzycznych dokonań Zbigniewa Wodeckiego jest oczywiście zjawiskiem niezwykle szlachetnym (w końcu jak długo ktoś z tak ciekawą płytą i genialnym głosem może być kojarzony z pszczółką Mają), ale trudno pozbyć mi się wrażenia, że mimo wszystko kreowanym przez organizatorów i media nieco na siłę i pod wpływem jakiejś nagłej, zbiorowej reakcji, po której rzeczy niszowe stają się modne (tak, spinam się, bo znam twórczość pana Zbigniewa od dawna;). Niemniej, zaznajomiony z konwencją (wykształcony muzyk i figlarni mitche), po dwóch utworach, a ściślej po bardzo ciepłym Rzuć to wszystko co złe (od 0:37) popędziłem na scenę trójki, co okazało się najlepszą z odważnych decyzji na tegorocznym festiwalu.
Nite Jewel and Peanut Butter Wolf - 9/10
Nokaut numer dwa. Dokonali na pozór niemożliwego, udowadniając, że muzyka Kraftwerk wcale nie musi być zdehumanizowana, a wręcz przeciwnie - stanowi doskonały budulec dla hipnotycznych pląsów. Taneczne interpretacje kawałków z legendarnego Computer World, że przytoczę tylko moje ulubione Computer Love (pozostaje czekać na nagranie z offa) i rewelacyjną wersję It's More Fun to Compute, nie pozwalały ustać w miejscu. Najlepszy koncert dnia!
The Pop Group - 5/10
Przyciągnięty legendą Y zameldowałem się ochoczo w okolicach sceny leśnej, ale niestety, czas nie był chyba zbyt łaskawy dla scenicznej formy Brytyjczyków. Stylistyka koncertu opierała się przede wszystkim na dość siermiężnym lawirowaniu pomiędzy spokojnymi i agresywnymi fragmentami, więc po kilku utworach postanowiłem sprawdzić, co słychać na scenie eksperymentalnej.
Guardian Alien - ?/10 (dwa utwory)
Zamiast oczekiwanej, psychodelicznej jazdy - lekki zawód. Widziałem jednak zbyt mało, żeby oceniać - być może trafiłem na jakiś niefortunny moment.
The Smashing Pumpkins - 3/10
Największe rozczarowanie całego festiwalu. Nowy skład zaprezentował się bardzo statycznie, a co gorsza, sam mózg grupy, Billy Corgan, był tak niewyraźny, jakby wyciągnięto go przed chwilą z reklamy rutinoscorbinu. Doszło nawet do tego, że w momencie gdy grali Tonight... ziewnąłem. Disarm i 1979 również nie porwały. Nie chcę się pastwić, więc zakończę optymistycznie dla tych, którzy na koncercie nie byli: Siamese Dream i Mellon Collie and the Infinite Sadness zdecydowanie lepiej brzmią na dobrym, domowym sprzęcie.
AlunaGeorge - ?/10 (dwa utwory)
Dotarłem na dwa ostatnie utwory i chyba bardziej szczęśliwie niż na White Noise i Your Drums, Your Love trafić już nie mogłem. Duet rozkręcił świetną imprezę, pożerając dwoma wykonami całokształt open'erowych wyczynów swoich kolegów z Disclosure.
Blondes - 8,5/10
Repetytywne arcydzieło. Amerykanie w niezwykle umiejętny sposób rozbudowywali szkielety kolejnych utworów, stawiając w tej sadystycznej zabawie warstwami na jak najdłuższą apoteozę zbliżającej się kulminacji, będącej zresztą jedynie złudnym widmem rozwiązania rosnącego napięcia. Wszyscy wokół mnie wydawaili się być w transie, a to chyba najlepsza możliwa rekomendacja.
Laurel Halo - 7,5/10 (trzy utwory)
Z bólem serca wyrwałem się na nią z końcówki Blondes. Zawzięty wyraz twarzy i niepokojąco rozpuszczone włosy spójnie współgrały z agresywną (zwłaszcza jak na elektronikę) warstwą muzyczną. Nie zidentyfikowałem żadnego z wykonywanych utworów, ale swoim ekstatycznym rozdrażnieniem szybko mnie kupiła, a zważywszy, że dotarłem tylko na kwadrans, jestem w pełni usatysfakcjonowany.
Shackleton - 8/10
Kolejny z gigantów repetytywnej elektroniki, tym razem tej z trybalnymi naleciałościami. Wykończona publika gromadnie pogrążyła się w hipnotycznym tańcu, a zadowolony Brytyjczyk przyozdabiał swoje utwory mnóstwem uzależniających ornamentów. Jako wielki fan Music for the Quiet Hour... miałem ogromną uciechę - zarówno z samego koncertu, jak i z wyławiania subtelnie przekształcanych i nakładanych na siebie plumknięć i stuków.
The Haxan Cloak odwołano.
TOP 5 dnia :
1.Nite Jewel and Peanut Butter Wolf
2.The Soft Moon i Blondes - ex aequo
4.Shackleton
5.Buke and Gase oraz kawałek Laurel Halo i AlunaGeorge - ex aequo
wtorek, 9 lipca 2013
Heineken Open'er Festival 2013, relacja - Dzień 4 (06.07)
Godne zakończenie, zachęcające do przyjazdu za rok.
Stendek - Całkiem ciekawy ambient/glitch z ładną oprawą wizualną. Mocne bity sprawiały, że gdy Maciej Wojcieszkiewicz odgrywał z wielkim zaangażowaniem swoje kompozycje - podłoga w alter space drżała. Namiastka tego, co w wersji live oferuje choćby Fennesz.
Everything Everything - Stereotypowy brytyjski indie band z wyróżnikiem w postaci wysokiego wokalu Jonathana Higgsa. Głównym wspomnieniem z tego występu będzie dla mnie specyficzny akcent frontmana, dzięki któremu wykrzykiwane w stronę publiczności: ,,thank you" brzmiało, nie inaczej, jak ,,fuck you!". O ,,Thank you, Poland!" już nawet nie wspomnę, bo jeszcze dopadną mnie jacyś nacjonaliści.
Miguel - Muzycznie lekkie rozczarowanie, natomiast pod kątem scenicznej werwy radził sobie doskonale, prezentując się momentami niczym nieco uboższy, młodszy brat Prince'a. Ukierunkowany pod publiczkę wizerunek znajdował ujście w śpiewaniu na leżąco i bieganiu po scenie, niebezpiecznie zbliżając się do legendarnego już skakania w, a raczej na publiczność. Większość koncertu spędziliśmy więc z kumplem na niecierpliwym wyczekiwaniu na to, czy artysta zdecyduje się zmasakrować czyjś kark - kilka razy jakby się szykował, ale ostatecznie do niczego nie doszło. Jeśli jednak skoczył, to dajcie znać w komentarzach. Po 40 minutach powędrowałem więc na...
Mount Kimbie - Przyzwoicie, choć miałem większe oczekiwania. Wyrazisty rytm spójnie uzupełniał się z plumkaniami w tle, a muzycy ubarwiali dodatkowo tę kooperację kilkoma warstwami delikatnych zakłóceń - często przecinanych hipnotycznym wokalem. Technicznie dużo lepiej od grających w piątek Disclosure.
Devendra Banhart - Świetny, bardzo intymny koncert, stanowiący męskie uzupełnienie tego, co zrobiła 5 lipca Rykarda Parasol. Czyściutki tembr głosu Banharta z równą gracją podróżował zarówno po folkowych rubieżach, jak i po kruchych bossa novach, a namiotowe audytorium podobnie jak ja wydawało się zaczarowane. Szkoda, że jak na razie ciężko znaleźć jakieś filmiki, mam nadzieję, że wkrótce się pojawią.
Jonny Greenwood - Rewelacja! To, jak z kamienną twarzą wygrywał na gitarze Reichowskie Electric Counterpoint, dokładając do kompozycji co raz to nowe warstwy, wbiło mnie po prostu w ziemię. Swoje zrobiła też otoczka, chłodny wiatr na policzkach, skromne oświetlenie i cisza wśród niezbyt licznej, za to wreszcie ogarniającej podniosłość chwili publiczności. Akustyczne arcydzieło rozpędzające się w nieskończoność, by gwałtownie ucichnąć i wyrwać wszystkich z przepięknej, piętnastominutowej hipnozy, obwieszczam wszem i wobec jednym z najgenialniejszych momentów tegorocznego Open'era.
Steve Reich & Ensemble Modern - Cudowne, minimalistyczne zamknięcie sceny głównej. Orkiestra ze swoim guru odstawiła niezwykle umiejętne, absorbujące od samego początku przedstawienie, a ubarwiane wiolonczelą i skrzypcami dźwięki marimb, ksylofonów i klarnetów absolutnie mną zawładnęły. Początkowo kręciłem nosem na wieść, że wizualizacje będą podsumowaniem czterech festiwalowych dni, ale gdy już się wyświetliły zmieniłem zdanie i obserwowałem bezwiednie fluktuujące obrazki idealnie dopasowane do uzależniającego rytmu. Z racji, że Music For 18 Musicians znam akurat dość dobrze, o 1.15 (po jakiejś pół godzinie koncertu) podjąłem dramatyczną decyzję i pognałem czym prędzej do namiotu na...
Animal Collective - Totalna psychodelia. Koncertowe wydanie grupy wyraźnie ewoluowało od mojego ostatniego z nią kontaktu na Jarocinie 2009; wtedy wszystko wydawało się bardziej kontemplacyjne, choć i tak byłem cały mokry (właśnie zdałem sobie sprawę, że Merriweather Post Pavilion ma już 4 lata, ale ten czas zasuwa...). Tym razem Animale postawili na imprezowość brzmienia, co w zestawieniu z absurdalną (acz genialną ) scenografią złożyło się na pokręcone, taneczne zakończenie dnia. Z nowych kawałków w wersji live szczególnie podeszło mi Today's Supernatural (czekam na wersję z youtube), ale kanoniczne pozycje, takie jak My Girls, również zabrzmiały potężnie. Brawo!
1/2/3 kawałki (chronologicznie) :
Sambor
Magnificent Muttley
Hot Casandra (ładny, wręcz operowy wokal, ale strasznie monotonne kompozycje)
Fismoll
Crystal Fighters (byłem pod sceną 2 lata temu - teraz w zupełności wystarczyły mi dwa utwory)
Kings of Leon (Ich koncert z 2009 roku był dla mnie wielką traumą; znudzony wychodziłem na Sex on Fire. W tym roku rzuciłem więc tylko okiem, zaciekawiony, czy coś się u nich zmieniło - niestety, prawie nic)
Transmisja (reaktywacja po długiej przerwie nie zawsze ma sens, ale przynajmniej na zawsze zapamiętam piracką sentencję frontmana, wedle której, kiedyś walczyło się z piratami na morzach, a dziś trzeba walczyć z tymi nielegalnie sprzedającymi płyty, mistrz!)
Lao Che (na mainie Steve Reich, w namiocie Animal Collective, a pod worldem pokaźna grupa ludzi bawiących się na swojskim Lao Che - bez komentarza)
Harotnica + N.R.M.
Prywatne Top 5 dnia :
1.Steve Reich & Ensemble Modern + Jonny Greenwood
2.Animal Collective
3.Devendra Banhart
4.Mount Kimbie
5.Miguel / Stendek
Stendek - Całkiem ciekawy ambient/glitch z ładną oprawą wizualną. Mocne bity sprawiały, że gdy Maciej Wojcieszkiewicz odgrywał z wielkim zaangażowaniem swoje kompozycje - podłoga w alter space drżała. Namiastka tego, co w wersji live oferuje choćby Fennesz.
Everything Everything - Stereotypowy brytyjski indie band z wyróżnikiem w postaci wysokiego wokalu Jonathana Higgsa. Głównym wspomnieniem z tego występu będzie dla mnie specyficzny akcent frontmana, dzięki któremu wykrzykiwane w stronę publiczności: ,,thank you" brzmiało, nie inaczej, jak ,,fuck you!". O ,,Thank you, Poland!" już nawet nie wspomnę, bo jeszcze dopadną mnie jacyś nacjonaliści.
Miguel - Muzycznie lekkie rozczarowanie, natomiast pod kątem scenicznej werwy radził sobie doskonale, prezentując się momentami niczym nieco uboższy, młodszy brat Prince'a. Ukierunkowany pod publiczkę wizerunek znajdował ujście w śpiewaniu na leżąco i bieganiu po scenie, niebezpiecznie zbliżając się do legendarnego już skakania w, a raczej na publiczność. Większość koncertu spędziliśmy więc z kumplem na niecierpliwym wyczekiwaniu na to, czy artysta zdecyduje się zmasakrować czyjś kark - kilka razy jakby się szykował, ale ostatecznie do niczego nie doszło. Jeśli jednak skoczył, to dajcie znać w komentarzach. Po 40 minutach powędrowałem więc na...
Mount Kimbie - Przyzwoicie, choć miałem większe oczekiwania. Wyrazisty rytm spójnie uzupełniał się z plumkaniami w tle, a muzycy ubarwiali dodatkowo tę kooperację kilkoma warstwami delikatnych zakłóceń - często przecinanych hipnotycznym wokalem. Technicznie dużo lepiej od grających w piątek Disclosure.
Devendra Banhart - Świetny, bardzo intymny koncert, stanowiący męskie uzupełnienie tego, co zrobiła 5 lipca Rykarda Parasol. Czyściutki tembr głosu Banharta z równą gracją podróżował zarówno po folkowych rubieżach, jak i po kruchych bossa novach, a namiotowe audytorium podobnie jak ja wydawało się zaczarowane. Szkoda, że jak na razie ciężko znaleźć jakieś filmiki, mam nadzieję, że wkrótce się pojawią.
Jonny Greenwood - Rewelacja! To, jak z kamienną twarzą wygrywał na gitarze Reichowskie Electric Counterpoint, dokładając do kompozycji co raz to nowe warstwy, wbiło mnie po prostu w ziemię. Swoje zrobiła też otoczka, chłodny wiatr na policzkach, skromne oświetlenie i cisza wśród niezbyt licznej, za to wreszcie ogarniającej podniosłość chwili publiczności. Akustyczne arcydzieło rozpędzające się w nieskończoność, by gwałtownie ucichnąć i wyrwać wszystkich z przepięknej, piętnastominutowej hipnozy, obwieszczam wszem i wobec jednym z najgenialniejszych momentów tegorocznego Open'era.
Steve Reich & Ensemble Modern - Cudowne, minimalistyczne zamknięcie sceny głównej. Orkiestra ze swoim guru odstawiła niezwykle umiejętne, absorbujące od samego początku przedstawienie, a ubarwiane wiolonczelą i skrzypcami dźwięki marimb, ksylofonów i klarnetów absolutnie mną zawładnęły. Początkowo kręciłem nosem na wieść, że wizualizacje będą podsumowaniem czterech festiwalowych dni, ale gdy już się wyświetliły zmieniłem zdanie i obserwowałem bezwiednie fluktuujące obrazki idealnie dopasowane do uzależniającego rytmu. Z racji, że Music For 18 Musicians znam akurat dość dobrze, o 1.15 (po jakiejś pół godzinie koncertu) podjąłem dramatyczną decyzję i pognałem czym prędzej do namiotu na...
Animal Collective - Totalna psychodelia. Koncertowe wydanie grupy wyraźnie ewoluowało od mojego ostatniego z nią kontaktu na Jarocinie 2009; wtedy wszystko wydawało się bardziej kontemplacyjne, choć i tak byłem cały mokry (właśnie zdałem sobie sprawę, że Merriweather Post Pavilion ma już 4 lata, ale ten czas zasuwa...). Tym razem Animale postawili na imprezowość brzmienia, co w zestawieniu z absurdalną (acz genialną ) scenografią złożyło się na pokręcone, taneczne zakończenie dnia. Z nowych kawałków w wersji live szczególnie podeszło mi Today's Supernatural (czekam na wersję z youtube), ale kanoniczne pozycje, takie jak My Girls, również zabrzmiały potężnie. Brawo!
1/2/3 kawałki (chronologicznie) :
Sambor
Magnificent Muttley
Hot Casandra (ładny, wręcz operowy wokal, ale strasznie monotonne kompozycje)
Fismoll
Crystal Fighters (byłem pod sceną 2 lata temu - teraz w zupełności wystarczyły mi dwa utwory)
Kings of Leon (Ich koncert z 2009 roku był dla mnie wielką traumą; znudzony wychodziłem na Sex on Fire. W tym roku rzuciłem więc tylko okiem, zaciekawiony, czy coś się u nich zmieniło - niestety, prawie nic)
Transmisja (reaktywacja po długiej przerwie nie zawsze ma sens, ale przynajmniej na zawsze zapamiętam piracką sentencję frontmana, wedle której, kiedyś walczyło się z piratami na morzach, a dziś trzeba walczyć z tymi nielegalnie sprzedającymi płyty, mistrz!)
Lao Che (na mainie Steve Reich, w namiocie Animal Collective, a pod worldem pokaźna grupa ludzi bawiących się na swojskim Lao Che - bez komentarza)
Harotnica + N.R.M.
Prywatne Top 5 dnia :
1.Steve Reich & Ensemble Modern + Jonny Greenwood
2.Animal Collective
3.Devendra Banhart
4.Mount Kimbie
5.Miguel / Stendek
Heineken Open'er Festival 2013, relacja - Dzień 3 (05.07)
Najbardziej wyrównany z festiwalowych dni.
Rebeka - Electropopowy duet z Poznania udowodnił, że może stawać w koncertowe szranki z najlepszymi zagranicznymi odpowiednikami. Mocne single (Melancholia, Stars) idealnie kompilowały się z tanecznymi wycinkami z Hellady (a la Unconscious). Godni partnerzy dla Kamp! i Last Blush.
Kaliber 44 - Fenomenalny koncert... przez pierwsze 20 minut. Kawałki z Księgi tajemniczej w zestawieniu z abstrakcyjnymi, ale jakże swojskimi wizualizacjami totalnie mnie pochłonęły. Najlepiej wypadło chyba Nasze mózgi wypełnione są Marią, ale Usłysz mój głos i Brat nie ma już miłości dla mnie również uruchomiły nutkę nostalgii. Z drugiej płyty świetnie wyszły: Gruby czarny kot i Międzymiastowa, a po chwili... przyszedł Gutek, zaczęło się jakieś dziwne gimborege i wolałem się ewakuować zanim początkowy zachwyt przerodzi się w totalne zażenowanie. A, i Joka wciąż brzmi jak totalny szaleniec <komplement>.
Palma Violets - Brytyjscy pupile New Musical Express zaserwowali wzorzec gitarowej przeciętności. Brzmienie było boleśnie przewidywalne, kawałki nieskomplikowane, a nagłośnienie powodowało fizjologiczny bunt. Ze spontanicznym ,,Szkoda uszu" na ustach udaliśmy się więc na...
Ifi Ude - Cudowny, kolorowy występ, który absolutnie zahipnotyzował publiczność zgromadzoną w kameralnym alter space. Początkowo wstydziłem się skojarzeń z Bjork, ale mimo nieco odmiennej, bardziej ludycznej i tanecznej stylistyki, dziś z pełną świadomością mogę stwierdzić, że były one jak najbardziej trafne. Zresztą, zobaczcie sami.
Oszibarack - Promowali nową płytę, która opiera się głównie na wzajemnych korelacjach perkusji i basu, urozmaicanych co jakiś czas hałaśliwymi przeszkadzajkami pozorującymi melodię. Kompozycyjnie nie działo się kompletnie nic, do tego nagłośnienie nieproporcjonalnie eksponowało irytujące elementy, więc po 3 szansach na wplecenie do któregoś z utworów jakiejś linii melodycznej, czmychnąłem pospiesznie do tent stage.
These New Puritans - Było lepiej niż w 2011 roku, ale wciąż czegoś mi zabrakło. Brytyjczykom trzeba jednak oddać, że swoim konglomeratem post-punku i elektroniki ekspresowo zaszumili przestrzeń dźwiękową, a dynamiczne oświetlenie skutecznie budowało klimat. Ciekawie wyglądał też rozpuszczony z tyłu sceny dym, który powoli spowijał odprawiających swe misterium muzyków. Osobiście, wolę ich jednak wchłaniać przez słuchawki: Field of Reeds czy największe hity grupy, jak We Want War, brzmią wtedy dużo drapieżniej.
Queens of the Stone Age - Bardzo czekałem na ten koncert, bo w końcu kilka lat temu byłem ich wielkim fanem, a Songs for the Deaf po dziś dzień jawi mi się jako jedna z trzech najlepszych stoner rockowych płyt w historii. Josh Homme z ekipą absolutnie wywiązali się z zadania i swoimi wykonaniami No One Knows (od 6:50), First It Giveth (od 25:12) czy Burn The Witch (od 15:53) przenieśli mnie w przeszłość. Muzycznemu oczyszczeniu towarzyszyły fantastyczne wizualizacje: pękające szkło, rozpalona od piekącego słońca ziemia, rozedrgane neony, mknące samochody i krwiste postacie. Najlepsze stricte rockowe widowisko na jakim byłem od dawna i, co oczywiste, najlepszy koncert dnia!
The National - Matt Berninger w wybornej formie wokalnej, a północ to zdecydowanie lepsza pora na występ Nationali niż 20.00 dwa lata temu. Facet wyciągnął z tych pozornie nieskomplikowanych piosenek tyle emocji i piękna, że ręce same składały się do oklasków. Do tego jest niesamowicie wiarygodny w swojej stonowanej, depresyjnej wręcz ekspresji scenicznej, którą niespodziewanie potrafi przerodzić w niesamowity wrzask (dowód od 44:17 w Squalor Victoria). Przeplatanka tej dynamiki z delikatnością Afraid of Everyone (od 31:38), Mistaken for Strangers (od 19:49), czy Conversation 16 (od 36:00) czyni z Nationali wulkan bulgocący wrażliwością, na który, o ile znów pojawi się gdzieś w mojej okolicy, z ogromną chęcią wespnę się ponownie.
Disclosure - Mimo zachwytów ogarniętych muzycznie znajomych, od początku nie trafiał do mnie w pełni ich fenomen. Z jednej strony wręcz uwielbiam z 3 utwory, z drugiej - nie trawię reszty, więc nie będę też specjalnie marudził, żeby nie czynić nikomu przykrości - w końcu roztańczyli namiot. Przywołam tylko fakt, że bracia Lawrence sami opowiadali w wywiadach, że w rok opanowali FL Studio, przyznając jednocześnie, że nie mają większego pojęcia o muzyce. Na koncercie było to mocno słyszalne, a że królowaniu dość prymitywnego 4/4 nie było widać końca, uciekłem po jakimś czasie na Rykardę Parasol, co okazało się świetną decyzją.
Rykarda Parasol - Kameralne arcydzieło! Amerykana dysponuje prześlicznym, barowym głosem i od razu, mimo akustycznych klimatów z półki folk/country, poczułem się jak uczestnicy magicznego koncertu Julee Cruise w Miasteczku Twin Peaks. Mała publiczność tylko kulminowała indywidualny kontakt z artystką, która historiami rzucanymi w naszą stronę (choćby o tym, że nie spała od trzech dni) przenosiła tę relację na wręcz koleżeński wymiar.
1/2/3 kawałki (chronologicznie):
Bobby the Unicorn
Skubas
Skunk Anansie (w podobnie dobrej formie jak 3 lata temu)
Nas (widziałem go już w 2010 roku)
Hey (grali głównie nowy materiał, więc zbyt wiele nie straciłem; poza tym Katarzynę Nosowską widziałem już 3 razy)
Prywatne Top 5 dnia :
1.Queens of The Stone Age
2.The National / Rykarda Parasol (ex aequo)
4.Ifi Ude / Kaliber 44 (ex aequo)
Rebeka - Electropopowy duet z Poznania udowodnił, że może stawać w koncertowe szranki z najlepszymi zagranicznymi odpowiednikami. Mocne single (Melancholia, Stars) idealnie kompilowały się z tanecznymi wycinkami z Hellady (a la Unconscious). Godni partnerzy dla Kamp! i Last Blush.
Kaliber 44 - Fenomenalny koncert... przez pierwsze 20 minut. Kawałki z Księgi tajemniczej w zestawieniu z abstrakcyjnymi, ale jakże swojskimi wizualizacjami totalnie mnie pochłonęły. Najlepiej wypadło chyba Nasze mózgi wypełnione są Marią, ale Usłysz mój głos i Brat nie ma już miłości dla mnie również uruchomiły nutkę nostalgii. Z drugiej płyty świetnie wyszły: Gruby czarny kot i Międzymiastowa, a po chwili... przyszedł Gutek, zaczęło się jakieś dziwne gimborege i wolałem się ewakuować zanim początkowy zachwyt przerodzi się w totalne zażenowanie. A, i Joka wciąż brzmi jak totalny szaleniec <komplement>.
Palma Violets - Brytyjscy pupile New Musical Express zaserwowali wzorzec gitarowej przeciętności. Brzmienie było boleśnie przewidywalne, kawałki nieskomplikowane, a nagłośnienie powodowało fizjologiczny bunt. Ze spontanicznym ,,Szkoda uszu" na ustach udaliśmy się więc na...
Ifi Ude - Cudowny, kolorowy występ, który absolutnie zahipnotyzował publiczność zgromadzoną w kameralnym alter space. Początkowo wstydziłem się skojarzeń z Bjork, ale mimo nieco odmiennej, bardziej ludycznej i tanecznej stylistyki, dziś z pełną świadomością mogę stwierdzić, że były one jak najbardziej trafne. Zresztą, zobaczcie sami.
Oszibarack - Promowali nową płytę, która opiera się głównie na wzajemnych korelacjach perkusji i basu, urozmaicanych co jakiś czas hałaśliwymi przeszkadzajkami pozorującymi melodię. Kompozycyjnie nie działo się kompletnie nic, do tego nagłośnienie nieproporcjonalnie eksponowało irytujące elementy, więc po 3 szansach na wplecenie do któregoś z utworów jakiejś linii melodycznej, czmychnąłem pospiesznie do tent stage.
These New Puritans - Było lepiej niż w 2011 roku, ale wciąż czegoś mi zabrakło. Brytyjczykom trzeba jednak oddać, że swoim konglomeratem post-punku i elektroniki ekspresowo zaszumili przestrzeń dźwiękową, a dynamiczne oświetlenie skutecznie budowało klimat. Ciekawie wyglądał też rozpuszczony z tyłu sceny dym, który powoli spowijał odprawiających swe misterium muzyków. Osobiście, wolę ich jednak wchłaniać przez słuchawki: Field of Reeds czy największe hity grupy, jak We Want War, brzmią wtedy dużo drapieżniej.
Queens of the Stone Age - Bardzo czekałem na ten koncert, bo w końcu kilka lat temu byłem ich wielkim fanem, a Songs for the Deaf po dziś dzień jawi mi się jako jedna z trzech najlepszych stoner rockowych płyt w historii. Josh Homme z ekipą absolutnie wywiązali się z zadania i swoimi wykonaniami No One Knows (od 6:50), First It Giveth (od 25:12) czy Burn The Witch (od 15:53) przenieśli mnie w przeszłość. Muzycznemu oczyszczeniu towarzyszyły fantastyczne wizualizacje: pękające szkło, rozpalona od piekącego słońca ziemia, rozedrgane neony, mknące samochody i krwiste postacie. Najlepsze stricte rockowe widowisko na jakim byłem od dawna i, co oczywiste, najlepszy koncert dnia!
The National - Matt Berninger w wybornej formie wokalnej, a północ to zdecydowanie lepsza pora na występ Nationali niż 20.00 dwa lata temu. Facet wyciągnął z tych pozornie nieskomplikowanych piosenek tyle emocji i piękna, że ręce same składały się do oklasków. Do tego jest niesamowicie wiarygodny w swojej stonowanej, depresyjnej wręcz ekspresji scenicznej, którą niespodziewanie potrafi przerodzić w niesamowity wrzask (dowód od 44:17 w Squalor Victoria). Przeplatanka tej dynamiki z delikatnością Afraid of Everyone (od 31:38), Mistaken for Strangers (od 19:49), czy Conversation 16 (od 36:00) czyni z Nationali wulkan bulgocący wrażliwością, na który, o ile znów pojawi się gdzieś w mojej okolicy, z ogromną chęcią wespnę się ponownie.
Disclosure - Mimo zachwytów ogarniętych muzycznie znajomych, od początku nie trafiał do mnie w pełni ich fenomen. Z jednej strony wręcz uwielbiam z 3 utwory, z drugiej - nie trawię reszty, więc nie będę też specjalnie marudził, żeby nie czynić nikomu przykrości - w końcu roztańczyli namiot. Przywołam tylko fakt, że bracia Lawrence sami opowiadali w wywiadach, że w rok opanowali FL Studio, przyznając jednocześnie, że nie mają większego pojęcia o muzyce. Na koncercie było to mocno słyszalne, a że królowaniu dość prymitywnego 4/4 nie było widać końca, uciekłem po jakimś czasie na Rykardę Parasol, co okazało się świetną decyzją.
Rykarda Parasol - Kameralne arcydzieło! Amerykana dysponuje prześlicznym, barowym głosem i od razu, mimo akustycznych klimatów z półki folk/country, poczułem się jak uczestnicy magicznego koncertu Julee Cruise w Miasteczku Twin Peaks. Mała publiczność tylko kulminowała indywidualny kontakt z artystką, która historiami rzucanymi w naszą stronę (choćby o tym, że nie spała od trzech dni) przenosiła tę relację na wręcz koleżeński wymiar.
1/2/3 kawałki (chronologicznie):
Bobby the Unicorn
Skubas
Skunk Anansie (w podobnie dobrej formie jak 3 lata temu)
Nas (widziałem go już w 2010 roku)
Hey (grali głównie nowy materiał, więc zbyt wiele nie straciłem; poza tym Katarzynę Nosowską widziałem już 3 razy)
Prywatne Top 5 dnia :
1.Queens of The Stone Age
2.The National / Rykarda Parasol (ex aequo)
4.Ifi Ude / Kaliber 44 (ex aequo)
poniedziałek, 8 lipca 2013
Heineken Open'er Festival 2013, relacja - Dzień 2 (04.07)
Australijska siła.
XXANAXX - Klaudia Szafrańska i Michał Wasilewski bardzo ciepło rozpoczęli najchłodniejszy z festiwalowych dni. Chilloutowe brzmienie świetnie współgrało z czyściutkim, żeńskim wokalem, a moimi ulubionymi momentami stały się wykonania Hurt Me i singlowego I Disappear.
Sorry Boys - Poprawnie, ale bez rewelacji, zwłaszcza że lubię ich pierwszy album (z naciskiem na Chance i Hard Working Classes) i liczyłem, że nieco bardziej rozbudują brzmienie. Całkiem przyzwoicie wypadł za to nowy, zajeżdżający z lekka Kate Bush (ten refren!) kawałek, zatytułowany The Sun.
Tame Impala - Opady wisiały w powietrzu i, ku ogólnemu zniesmaczeniu, trafiło na Australijczyków. Paradoksalnie, ich psychodeliczne brzmienie i wizualizacje tylko na tym zyskały, kontrastując swym kolorytem z jednostajnym rytmem i szarzyzną spadających kropel. Jeśli chodzi o sam występ, to wyglądało to trochę tak, jakby Pink Floyd próbowali grać Beatlesów (wizerunek sceniczny Kevina Parkera i spółki do specjalnie oryginalnych akurat nie należy), oczywiście w wersji demo. Nie zmienia to faktu, że moje trzy ulubione kawałki wyszły im świetnie: odpowiednio Elephant, Feels Like We Only Go Backwards i Apocalypse Dream, więc niecierpliwie czekam na nagrania z dwóch pierwszych na youtube.
Nick Cave and the Bad Seeds - Najlepszy koncert festiwalu! Cave swoją charyzmą, wokalem, nieprzewidywalnością, doświadczeniem i talentem po prostu zmiażdżył młodszą konkurencję. Prawie wszystko było tu idealne:
1)Bad Seeds wznieśli sie na wyżyny (najbardziej brylował chyba Warren Ellis) idealnie operując ciszą i hałasem, tak, że spokojne i poruszające ballady zmieniały się gwałtownie w gitarowy jazgot rodem z najgłośniejszych longplayów Swans
2)setlistę skrojono w wymarzony dla mnie sposób i nieśmiertelne klasyki w stylistyce The Weeping Song, Red Right Hand i Into My Arms przeplatano nieustannie highlightami z nowej, przepełnionej wrażliwością płyty (choćby Mermaids, Jubilee Street czy Push The Sky Away)
3)pora koncertu (00.00) nadawała całemu przedsięwzięciu misterialnej otoczki, a ekspresja sceniczna Nicka Cave'a (modulowanie głosów w Stagger Lee to mistrzostwo świata) szybko wzniosła całą publiczność na jakiś trudny do opisania meta-poziom
Wyborne, katarktyczne widowisko.
1/2 kawałki (chronologicznie) :
Miss God
Please the Trees - sprawdźcie to - jedno z najgłupszych wejść w publiczność, z jakim się zetknąłem
Pianohooligan
Jak łatwo zauważyć, z większych rzeczy zignorowałem Arctic Monkeys (widziałem w 2009 roku i poza I Bet You Look Good on The Dancefloor w zasadzie nic się tam wtedy nie działo, a dodatkowo egzystencję skutecznie utrudniały piszczące nastolatki, których zresztą, przez ponowny dwupak z dramatycznie słabymi na żywo Kings of Leon, było w tym roku jeszcze więcej), Junip (podobnie, tyle że na offie 2011), wreszcie Matisyahu, Łąki Łan i Marię Peszek (do dziś nie wierzę, że jakimś cudem widziałem fragmenty jej koncertów aż 3 razy...).
I, gwoli ścisłości, tak, Cave z drużyną również pochodzą z Australii.
Prywatne Top 3 dnia :
1.Nick Cave and the Bad Seeds
2.Tame Impala
3.XXANAX
XXANAXX - Klaudia Szafrańska i Michał Wasilewski bardzo ciepło rozpoczęli najchłodniejszy z festiwalowych dni. Chilloutowe brzmienie świetnie współgrało z czyściutkim, żeńskim wokalem, a moimi ulubionymi momentami stały się wykonania Hurt Me i singlowego I Disappear.
Sorry Boys - Poprawnie, ale bez rewelacji, zwłaszcza że lubię ich pierwszy album (z naciskiem na Chance i Hard Working Classes) i liczyłem, że nieco bardziej rozbudują brzmienie. Całkiem przyzwoicie wypadł za to nowy, zajeżdżający z lekka Kate Bush (ten refren!) kawałek, zatytułowany The Sun.
Tame Impala - Opady wisiały w powietrzu i, ku ogólnemu zniesmaczeniu, trafiło na Australijczyków. Paradoksalnie, ich psychodeliczne brzmienie i wizualizacje tylko na tym zyskały, kontrastując swym kolorytem z jednostajnym rytmem i szarzyzną spadających kropel. Jeśli chodzi o sam występ, to wyglądało to trochę tak, jakby Pink Floyd próbowali grać Beatlesów (wizerunek sceniczny Kevina Parkera i spółki do specjalnie oryginalnych akurat nie należy), oczywiście w wersji demo. Nie zmienia to faktu, że moje trzy ulubione kawałki wyszły im świetnie: odpowiednio Elephant, Feels Like We Only Go Backwards i Apocalypse Dream, więc niecierpliwie czekam na nagrania z dwóch pierwszych na youtube.
Nick Cave and the Bad Seeds - Najlepszy koncert festiwalu! Cave swoją charyzmą, wokalem, nieprzewidywalnością, doświadczeniem i talentem po prostu zmiażdżył młodszą konkurencję. Prawie wszystko było tu idealne:
1)Bad Seeds wznieśli sie na wyżyny (najbardziej brylował chyba Warren Ellis) idealnie operując ciszą i hałasem, tak, że spokojne i poruszające ballady zmieniały się gwałtownie w gitarowy jazgot rodem z najgłośniejszych longplayów Swans
2)setlistę skrojono w wymarzony dla mnie sposób i nieśmiertelne klasyki w stylistyce The Weeping Song, Red Right Hand i Into My Arms przeplatano nieustannie highlightami z nowej, przepełnionej wrażliwością płyty (choćby Mermaids, Jubilee Street czy Push The Sky Away)
3)pora koncertu (00.00) nadawała całemu przedsięwzięciu misterialnej otoczki, a ekspresja sceniczna Nicka Cave'a (modulowanie głosów w Stagger Lee to mistrzostwo świata) szybko wzniosła całą publiczność na jakiś trudny do opisania meta-poziom
Wyborne, katarktyczne widowisko.
1/2 kawałki (chronologicznie) :
Miss God
Please the Trees - sprawdźcie to - jedno z najgłupszych wejść w publiczność, z jakim się zetknąłem
Pianohooligan
Jak łatwo zauważyć, z większych rzeczy zignorowałem Arctic Monkeys (widziałem w 2009 roku i poza I Bet You Look Good on The Dancefloor w zasadzie nic się tam wtedy nie działo, a dodatkowo egzystencję skutecznie utrudniały piszczące nastolatki, których zresztą, przez ponowny dwupak z dramatycznie słabymi na żywo Kings of Leon, było w tym roku jeszcze więcej), Junip (podobnie, tyle że na offie 2011), wreszcie Matisyahu, Łąki Łan i Marię Peszek (do dziś nie wierzę, że jakimś cudem widziałem fragmenty jej koncertów aż 3 razy...).
I, gwoli ścisłości, tak, Cave z drużyną również pochodzą z Australii.
Prywatne Top 3 dnia :
1.Nick Cave and the Bad Seeds
2.Tame Impala
3.XXANAX
Heineken Open'er Festival 2013, relacja - Dzień 1 (03.07)
Najlepsza edycja od 2008 roku.
Dawid Podsiadło - Kolejny po Monice Brodce, Ifi Ude i Olivii Annie Livki dowód na to, że udział w talent show nie jest równoznaczny z zaprzedaniem duszy mainstreamowemu diabłu. Materiał z debiutanckiej płyty równie dobrze zabrzmiał w wersji koncertowej, a ja szczęśliwie zdążyłem na ulubione Elephant, najbardziej znane Trójkąty i kwadraty (w wersji angielskiej) i Nieznajomego. Jeśli dalej będzie rozwijał się w takim tempie, to szykuje się nam polski Bon Iver, trzymam kciuki.
Mikromusic - Kilka kawałków. Delikatny wokal Natalii Grosiak frapująco uzupełniał się z nienachalnym, smooth-jazzowym instrumentarium. Z kwestii pozamuzycznych, piosenkarka zaliczyła dość kompromitującą wpadkę, witając gdyńską publiczność słowami: ,,Dzień dobry Sopot".
Semantik Punk - Trzy utwory. Klasyczne darcie mordy w mathcore'owym stylu. Skład, występujący niegdyś pod nazwą Moja Adrenalina, poczynił chyba delikatny progres, choć osobiście przełomu w stosunku do ich koncertu z off-a nie odnotowałem.
Editors - Tom Smith w świetnej formie. Widziałem ich już po raz trzeci i w subiektywnej mini-tabelce ten występ zajmuje drugie miejsce. Stare kawałki wypadły świetnie, nowe raczej przeszkadzały, ale takie już uroki promocji płyty. Przekonałem się przynajmniej do Sugar, Two Hearted Spider i Bird of Prey.
Savages - Agresywny żeński kwartet nie zawiódł. Jehnny Beth wrzeszczała i wiła się wśród jednostajnych świateł, próbując przekrzyczeć szum i rzężenie wypluwane na bieżąco przez jej post-punkowo ustosunkowane koleżanki. Załapałem się m.in. na I Am Here i Shut Up, więc wychodziłem zadowolony. Szkoda tylko, że Husbands wyrzuciły na koniec występu, gdy czekałem już na...
Blur - Najlepszy koncert dnia, okraszony wymarzoną setlistą! Najbardziej porwały mnie The Universal, Beetlebum, Coffee & TV, Country House, End of a Century, For Tomorrow i Under the Westway, choć tłum, co oczywiste, szalał najmocniej na otwierającym koncert Girls & Boys, a przede wszystkim na kończącym wszystko Song 2 (przebiegła masowa zagrywka, ale wyglądało to tak, jakby wielu ludzi znało/lubiło tylko te kawałki). Damon Albarn zaprezentował genialną dyspozycję, ale królem wieczoru został dla mnie Graham Coxon i jego gitarowe ornamenty i hałaśliwe przestery, które spotęgowały po stokroć siłę związaną ze studyjnym brzmieniem. Top 5 festiwalu!
Kendrick Lamar - Kilka kawałków. Świetne flow i kontakt z publicznością, chociaż, jak na mój gust, odrobinę za dużo podpierania się playbackiem. Setlista taka sobie (szczególnie bolesny brak Sing About Me, I'm Dying of Thirst), ale trafiłem przynajmniej na Bitch, Don't Kill My Vibe. Jeśli zaś chodzi o wyborne good kid, m.A.A.d. city, to wolę, mimo wszystko, odtwarzać je sobie wśród czterech ścian.
Crystal Castles - Podobnie jak cztery lata temu, znów wprowadzili open'erowy namiot w stadne otumanienie. Scena non stop mieniła się tysiącem mrugających świateł, blondowłosa Alice wydzierała się do mikrofonu, a uszy ulegały psychodelicznym atakom kolejnych hitów grupy, takich jak Baptism, Alice Practice, Plague czy Crimewave . Moje obawy się nie sprawdziły - nowe utwory miażdżą na żywo tak samo, jak te z debiutanckiego krążka (nawet najprostsze, jak Sad Eyes). Tradycyjnie zignorowali też bisa, ale ich zblazowaniu dodaje to nawet wiarygodności. Świetny koncert!
1/2 kawałki (chronologicznie) :
Patrick the Pan
Vienio (słysząc: ,,Gdy jestem smutny, lubię posłuchać sobie reggae", uciekałem w popłochu)
Terribly Overrated Youngsters
Prywatne Top 5 dnia :
1.Blur
2.Crystal Castles
3.Editors
4.Savages
5.Kendrick Lamar
Dawid Podsiadło - Kolejny po Monice Brodce, Ifi Ude i Olivii Annie Livki dowód na to, że udział w talent show nie jest równoznaczny z zaprzedaniem duszy mainstreamowemu diabłu. Materiał z debiutanckiej płyty równie dobrze zabrzmiał w wersji koncertowej, a ja szczęśliwie zdążyłem na ulubione Elephant, najbardziej znane Trójkąty i kwadraty (w wersji angielskiej) i Nieznajomego. Jeśli dalej będzie rozwijał się w takim tempie, to szykuje się nam polski Bon Iver, trzymam kciuki.
Mikromusic - Kilka kawałków. Delikatny wokal Natalii Grosiak frapująco uzupełniał się z nienachalnym, smooth-jazzowym instrumentarium. Z kwestii pozamuzycznych, piosenkarka zaliczyła dość kompromitującą wpadkę, witając gdyńską publiczność słowami: ,,Dzień dobry Sopot".
Semantik Punk - Trzy utwory. Klasyczne darcie mordy w mathcore'owym stylu. Skład, występujący niegdyś pod nazwą Moja Adrenalina, poczynił chyba delikatny progres, choć osobiście przełomu w stosunku do ich koncertu z off-a nie odnotowałem.
Editors - Tom Smith w świetnej formie. Widziałem ich już po raz trzeci i w subiektywnej mini-tabelce ten występ zajmuje drugie miejsce. Stare kawałki wypadły świetnie, nowe raczej przeszkadzały, ale takie już uroki promocji płyty. Przekonałem się przynajmniej do Sugar, Two Hearted Spider i Bird of Prey.
Savages - Agresywny żeński kwartet nie zawiódł. Jehnny Beth wrzeszczała i wiła się wśród jednostajnych świateł, próbując przekrzyczeć szum i rzężenie wypluwane na bieżąco przez jej post-punkowo ustosunkowane koleżanki. Załapałem się m.in. na I Am Here i Shut Up, więc wychodziłem zadowolony. Szkoda tylko, że Husbands wyrzuciły na koniec występu, gdy czekałem już na...
Blur - Najlepszy koncert dnia, okraszony wymarzoną setlistą! Najbardziej porwały mnie The Universal, Beetlebum, Coffee & TV, Country House, End of a Century, For Tomorrow i Under the Westway, choć tłum, co oczywiste, szalał najmocniej na otwierającym koncert Girls & Boys, a przede wszystkim na kończącym wszystko Song 2 (przebiegła masowa zagrywka, ale wyglądało to tak, jakby wielu ludzi znało/lubiło tylko te kawałki). Damon Albarn zaprezentował genialną dyspozycję, ale królem wieczoru został dla mnie Graham Coxon i jego gitarowe ornamenty i hałaśliwe przestery, które spotęgowały po stokroć siłę związaną ze studyjnym brzmieniem. Top 5 festiwalu!
Kendrick Lamar - Kilka kawałków. Świetne flow i kontakt z publicznością, chociaż, jak na mój gust, odrobinę za dużo podpierania się playbackiem. Setlista taka sobie (szczególnie bolesny brak Sing About Me, I'm Dying of Thirst), ale trafiłem przynajmniej na Bitch, Don't Kill My Vibe. Jeśli zaś chodzi o wyborne good kid, m.A.A.d. city, to wolę, mimo wszystko, odtwarzać je sobie wśród czterech ścian.
Crystal Castles - Podobnie jak cztery lata temu, znów wprowadzili open'erowy namiot w stadne otumanienie. Scena non stop mieniła się tysiącem mrugających świateł, blondowłosa Alice wydzierała się do mikrofonu, a uszy ulegały psychodelicznym atakom kolejnych hitów grupy, takich jak Baptism, Alice Practice, Plague czy Crimewave . Moje obawy się nie sprawdziły - nowe utwory miażdżą na żywo tak samo, jak te z debiutanckiego krążka (nawet najprostsze, jak Sad Eyes). Tradycyjnie zignorowali też bisa, ale ich zblazowaniu dodaje to nawet wiarygodności. Świetny koncert!
1/2 kawałki (chronologicznie) :
Patrick the Pan
Vienio (słysząc: ,,Gdy jestem smutny, lubię posłuchać sobie reggae", uciekałem w popłochu)
Terribly Overrated Youngsters
Prywatne Top 5 dnia :
1.Blur
2.Crystal Castles
3.Editors
4.Savages
5.Kendrick Lamar
czwartek, 29 listopada 2012
Off Festival 2012 - Dzień 3, relacja
05.08.2012 - Niedziela
Baxter Dury - Przyjemna synteza indie popu z indie rockiem. Podczas wylegiwania się na trawie, w ucho szczególnie wpadły mi (niestety nie znalazłem wersji z koncertu) Claire i Isabel.
Group Doueh - Esencja pustynnego bluesa. Solówki gitarą trzymaną na plecach (w wykonaniu Baamara Salmou) były prawdziwym majstersztykiem. Jimi Hendrix z Afryki.
The Twilight Sad - Kolejny wyczekiwany przeze mnie występ, ale beznadziejne nagłośnienie (wokal strasznie schowany w stosunku do instrumentów) niestety go zabiło. Frajdę miałem tylko raz - na Alphabeat.
Dam-Funk - Brakujące ogniwo między Princem i Toro Y Moi, czyli świetnie podany funk w elektronicznym sosie. Słoneczny klimat Toeachizown odczuwalnie promieniował ze sceny leśnej, okraszony dodatkowo charyzmą sprawcy całego zamieszania - Damona Riddicka. Znalazłem tylko jeden utwór z koncertu (najsłabszy i odstępujący gatunkowo od reszty), no, ale dobre i to.
Battles - Występ wręcz bulgocący od pozytywnej energii. Elektronika zajeżdżająca trybalnym brzmieniem, unurzana do tego w rocku i minimalistycznych wizualizacjach na żywo po prostu nie może nie wyjść. Moje ulubione Atlas zniszczyło. Na innych kawałkach również był zastrzyk uciechy - choćby tu. A, zapomniałbym, uderzała też doskonała gra świateł.
Henry Rollins - Stand-upowy monolog w najlepszym wydaniu. Całość do odsłuchania tutaj. Były wokalista Black Flag to strasznie barwna postać.
Swans - Muzyczne misterium. Sekciarski klimat budowały bezlitośnie wżynające się w uszy ściany dźwięku, eksploatowane do oporu hałaśliwe repetycje i niski, przeszywający wokal Michaela Giry, odnajdującego się w tej ekscentrycznej rzeczywistości niczym guru. A nowa płyta - The Seer - to potęga. Po Swans nie miałem już ochoty iść na nic innego (Fennesza na szczęście kiedyś widziałem), więc zachwycony opuściłem teren festiwalu.
2/3 kawałki : Fanfarlo, Iceage, Kanał Audytywny, Papa M, Stephen Malkmus And The Jicks, Ty Segall
Nie pozostaje nic innego niż czekać na Offa 2013. Na szczycie piramidy marzeń: Slowdive, Pixies, My Bloody Valentine i Dead Can Dance.
Baxter Dury - Przyjemna synteza indie popu z indie rockiem. Podczas wylegiwania się na trawie, w ucho szczególnie wpadły mi (niestety nie znalazłem wersji z koncertu) Claire i Isabel.
Group Doueh - Esencja pustynnego bluesa. Solówki gitarą trzymaną na plecach (w wykonaniu Baamara Salmou) były prawdziwym majstersztykiem. Jimi Hendrix z Afryki.
The Twilight Sad - Kolejny wyczekiwany przeze mnie występ, ale beznadziejne nagłośnienie (wokal strasznie schowany w stosunku do instrumentów) niestety go zabiło. Frajdę miałem tylko raz - na Alphabeat.
Dam-Funk - Brakujące ogniwo między Princem i Toro Y Moi, czyli świetnie podany funk w elektronicznym sosie. Słoneczny klimat Toeachizown odczuwalnie promieniował ze sceny leśnej, okraszony dodatkowo charyzmą sprawcy całego zamieszania - Damona Riddicka. Znalazłem tylko jeden utwór z koncertu (najsłabszy i odstępujący gatunkowo od reszty), no, ale dobre i to.
Battles - Występ wręcz bulgocący od pozytywnej energii. Elektronika zajeżdżająca trybalnym brzmieniem, unurzana do tego w rocku i minimalistycznych wizualizacjach na żywo po prostu nie może nie wyjść. Moje ulubione Atlas zniszczyło. Na innych kawałkach również był zastrzyk uciechy - choćby tu. A, zapomniałbym, uderzała też doskonała gra świateł.
Henry Rollins - Stand-upowy monolog w najlepszym wydaniu. Całość do odsłuchania tutaj. Były wokalista Black Flag to strasznie barwna postać.
Swans - Muzyczne misterium. Sekciarski klimat budowały bezlitośnie wżynające się w uszy ściany dźwięku, eksploatowane do oporu hałaśliwe repetycje i niski, przeszywający wokal Michaela Giry, odnajdującego się w tej ekscentrycznej rzeczywistości niczym guru. A nowa płyta - The Seer - to potęga. Po Swans nie miałem już ochoty iść na nic innego (Fennesza na szczęście kiedyś widziałem), więc zachwycony opuściłem teren festiwalu.
2/3 kawałki : Fanfarlo, Iceage, Kanał Audytywny, Papa M, Stephen Malkmus And The Jicks, Ty Segall
Nie pozostaje nic innego niż czekać na Offa 2013. Na szczycie piramidy marzeń: Slowdive, Pixies, My Bloody Valentine i Dead Can Dance.
Off Festival 2012 - Dzień 2, relacja
04.08.2012 - Sobota
Daughn Gibson - Dziwactwo. Tak brzmiało pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl, gdy zaczął grać, a raczej performować z automatem. Z jednej strony przesadna pewność siebie i momentami irytujące gesty; z drugiej - oryginalność i ekstrawagancja wokalna. Nie wiem, co o tym myśleć;).
Tides From Nebula & Blindead - Ok. 20 minut. Przyjemnie patrzyło się na przenikanie smaczków charakterystycznych dla pierwszych do kompozycji drugich (i na odwrót). Spójny show bez zgrzytów. Będzie wspólna płyta?
Retro Stefson - Interaktywna dyskoteka nie mająca wiele wspólnego z koncertem. Zbyt częste przerywanie utworów (czas przeznaczony na animowanie publiczności) po chwili stało się denerwujące.
Pissed Jeans - Zwierzęca energia i darcie mordy. Filmiki nie oddają niestety nawet połowy z mocy generowanej przez grupę. Noise'owe uderzenie w najlepszym wydaniu.
Other Lives - Na ostatnie 20 minut. Tamer Animals mnie zmiażdżyło.
Baroness - Na pozór fajna żonglerka konwencjami z różnych metalowych bajek, ale niezbyt mi się podobało. Za duża monotonia, momentami nieczysty wokal i chropowate melodie. Twórczość Baroness, jeśli już, zdecydowanie bardziej trafia do mnie na płytach.
Mikołaj Trzaska - Soundtrack z Róży Wojciecha Smarzowskiego. W kinie film uderzał nagromadzeniem absolutnej ciszy skontrastowanej z nagłymi eskalacjami dźwięku. Sam koncert był dokładnie czymś pomiędzy, a szczególnie dostojnie wybrzmiały zabawy klarnetem. Duży plus dla publiczności - wszyscy siedzieli, więc przy okazji można było odpocząć.
The House of Love - Przeciętny występ weteranów jangle/indie popu. Sentyment do Christine czy Shine On jednak pozostał.
Thurston Moore - Gitarowe eksperymenty z noise'owymi wstawkami. Świadomość obcowania z legendą (główny wokalista Sonic Youth) dodawała koncertowi nadprogramowego uroku. Zwłaszcza w takich momentach.
The Antlers - Rozczarowanie. Klimatyczne na płytach utwory podczas koncertu bardzo się ze sobą zlewały, a że ich nagłośnienie również nie było za dobre, poziom lenistwa nieco przytłaczał. Przykład. Były jednak na szczęście dobre, nastrojowe momenty, jak np. Drift Dive.
Iggy And The Stooges - 65-letni Iggy Pop energią sceniczną mógłby obdzielić dziesiątki młodszych wokalistów. Fantastyczny koncert. Wycieczka po zagranych z pazurem największych hitach grupy przeplatana była interaktywnymi dziwactwami. Najbardziej podobały mi się wykonania: 1970, I Wanna Be Your Dog i No Fun.
MF Doom - Jajcarsko-inteligentny hip-hop był doskonałym pomysłem na quasi-zakończenie dnia (dobiłem się kwadransem na Spectrum). Doom sam puszczał sobie podkłady i nawijał. Dużo żartów, gier słownych i anegdot, które bez perfekcyjnej znajomości angielskiego ciężko było zrozumieć. Nawet nie chcę analizować ile smaczków mi uciekło.
2/3 kawałki : Apteka, Dominique Young Unique, Kobiety, Megafaun, Shangaan Electro, Spectrum, The Wedding Present
Daughn Gibson - Dziwactwo. Tak brzmiało pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl, gdy zaczął grać, a raczej performować z automatem. Z jednej strony przesadna pewność siebie i momentami irytujące gesty; z drugiej - oryginalność i ekstrawagancja wokalna. Nie wiem, co o tym myśleć;).
Tides From Nebula & Blindead - Ok. 20 minut. Przyjemnie patrzyło się na przenikanie smaczków charakterystycznych dla pierwszych do kompozycji drugich (i na odwrót). Spójny show bez zgrzytów. Będzie wspólna płyta?
Retro Stefson - Interaktywna dyskoteka nie mająca wiele wspólnego z koncertem. Zbyt częste przerywanie utworów (czas przeznaczony na animowanie publiczności) po chwili stało się denerwujące.
Pissed Jeans - Zwierzęca energia i darcie mordy. Filmiki nie oddają niestety nawet połowy z mocy generowanej przez grupę. Noise'owe uderzenie w najlepszym wydaniu.
Other Lives - Na ostatnie 20 minut. Tamer Animals mnie zmiażdżyło.
Baroness - Na pozór fajna żonglerka konwencjami z różnych metalowych bajek, ale niezbyt mi się podobało. Za duża monotonia, momentami nieczysty wokal i chropowate melodie. Twórczość Baroness, jeśli już, zdecydowanie bardziej trafia do mnie na płytach.
Mikołaj Trzaska - Soundtrack z Róży Wojciecha Smarzowskiego. W kinie film uderzał nagromadzeniem absolutnej ciszy skontrastowanej z nagłymi eskalacjami dźwięku. Sam koncert był dokładnie czymś pomiędzy, a szczególnie dostojnie wybrzmiały zabawy klarnetem. Duży plus dla publiczności - wszyscy siedzieli, więc przy okazji można było odpocząć.
The House of Love - Przeciętny występ weteranów jangle/indie popu. Sentyment do Christine czy Shine On jednak pozostał.
Thurston Moore - Gitarowe eksperymenty z noise'owymi wstawkami. Świadomość obcowania z legendą (główny wokalista Sonic Youth) dodawała koncertowi nadprogramowego uroku. Zwłaszcza w takich momentach.
The Antlers - Rozczarowanie. Klimatyczne na płytach utwory podczas koncertu bardzo się ze sobą zlewały, a że ich nagłośnienie również nie było za dobre, poziom lenistwa nieco przytłaczał. Przykład. Były jednak na szczęście dobre, nastrojowe momenty, jak np. Drift Dive.
Iggy And The Stooges - 65-letni Iggy Pop energią sceniczną mógłby obdzielić dziesiątki młodszych wokalistów. Fantastyczny koncert. Wycieczka po zagranych z pazurem największych hitach grupy przeplatana była interaktywnymi dziwactwami. Najbardziej podobały mi się wykonania: 1970, I Wanna Be Your Dog i No Fun.
MF Doom - Jajcarsko-inteligentny hip-hop był doskonałym pomysłem na quasi-zakończenie dnia (dobiłem się kwadransem na Spectrum). Doom sam puszczał sobie podkłady i nawijał. Dużo żartów, gier słownych i anegdot, które bez perfekcyjnej znajomości angielskiego ciężko było zrozumieć. Nawet nie chcę analizować ile smaczków mi uciekło.
2/3 kawałki : Apteka, Dominique Young Unique, Kobiety, Megafaun, Shangaan Electro, Spectrum, The Wedding Present
Off Festival 2012 - Dzień 1, relacja
Jakościowo-ilościowa niezawodność.
Fenomenalny i zróżnicowany line-up, dobra pogoda i małe odległości między scenami. Wszystko to zwiastowało kolejną muzyczną ucztę w Katowicach i nie zawiodłem się, jak zawsze było doskonale.
Wspominam o występach, na których byłem minimum 20 minut. Do pozostałych (gdzie wpadłem na chwilę) zamieszczam link, o ile ktoś udostępnił nagranie.
03.08.2012 - Piątek
kIRk - Kontrast mrocznego, elektronicznego brzmienia z wpadającym słońcem uderzał aż nadto. Tego typu występy aż się proszą o nocne sloty. Nagłośnienie też nie do końca udźwignęło potencjał kompozycji i wiele pysznych (na płycie) detali jakby się rozmyło. Co do samego występu - udany, a trio Bartnik-Dokalski-Kalinowski to kolejny polski projekt na godnym poziomie. Moim highlightem konszachty cybernetyki z trąbką.
Colin Stetson - Eksperymentalny jazz na saksofonie basowym. Wyrazistość i oryginalność artysty przyćmiewała pojawiającą się momentami monotonię utworów. Na płycie, o dziwo, brzmienie wydało mi się bardziej żwawe. Sam koncert wyglądał tak.
Kurt Vile and The Violators - Duże rozczarowanie. Bardzo lubię Smoke Ring for My Halo, ale występ okazał się niestety esencją folk-rockowej przeciętności.
Demdike Stare - 60% klimatu zabiła wczesna godzina, kolejne 20 - średnie nagłośnienie. Operowanie drone'ami zanurzonymi w estetyce dark ambientu (+ pyszne wizualizacje z różnych horrorów) o 18.45 nie miało szans powodzenia. Mimo to, 1/5 potencjału i tak wypadła przyzwoicie. Pozostaje tylko gdybać, co byłoby przy 5/5...
Converge - Rewelacja! Poziom płyt znalazł odzwierciedlenie w jakości koncertu. Jacob Bannon wbijał w ziemię swoim wokalem, prowadzonym przez agresywny (acz inteligentny) metalowo-hardcore'owy akompaniament.
Chromatics - Chwytliwe piosenki złożyły się na synth popową ucztę w klimacie żywcem wyciągniętym z filmu Drive. Cały koncert był jednym wielkim highlightem, ale do swojego top 3 zaliczyłbym: In The City, I Want Your Love i Lady. A, i oczywiście świetny cover Running Up That Hill (w oryginale Kate Bush). Bootleg do odsłuchania pod tym linkiem.
anbb (Alva Noto & Blixa Bargeld) - Współpraca mistrza zdehumanizowanej elektroniki z liderem Einsturzende Neubauten musiała przynieść wyjątkowy plon. Esencją schizofrenii było dla mnie Once Again, z dogrywanym na bieżąco wokalem i przerażającym aktorstwem scenicznym obu panów. One i Ret Marut również wypadły genialnie. Mistrzostwo.
King Creosote & Jon Hopkins - Na płycie duet brzmi lepiej, ale i występ epatował akustyczną nastrojowością. Publiczność zaś zaliczyła wtopę, gdy wyśmiała (od samego początku) niezbyt udany cover Nothing Compares to You. Po co?
Charles Bradley and His Extraordinaires - Soulowa petarda i świetny przykład na to, że karierę można zacząć robić w każdym wieku i nawet po ciężkich przejściach. Rozczulający wokalista z doskonałą barwą. Przykładem muzycznym The World (Is Going Up In Flames). Ze sceny można było poczuć funkowo-soulowy groove.
Mazzy Star - Legenda dream-popowej psychodelii nie zawiodła. Hope Sandoval czarowała wokalem, a sam występ, mimo repetytywnego, powolnego tempa miał swoją specyficzną, intymną atmosferę. Zburzyło ją niestety kilku wesołków z publiczności, którzy wciskali dla żartu (-_-) ręce przed projektory, zasłaniając wizualizacje. Fade Into You trafnie oddaje estetykę koncertu.
Metronomy - Ich ogłoszeniu towarzyszyło sporo kontrowersji, bo też - po prawdzie, nie wpisują się do końca w festiwalową konwencję. Tak czy siak, grupa zaserwowała satysfakcjonujący electropop, choć nic wielkiego to nie było. Z highlightów: The Look i The Bay
Atari Teenage Riot - Emanacja dzikości. Prymitywny, elektroniczny łomot, znany jako digital hardcore, był idealną pozycją na odmóżdżenie po pełnym wrażeń dniu. Alec Empire z drużyną zaimponowail kondycją i przebojowością. Koncert do obejrzenia tutaj.
Andy Stott - Może byłem już zmęczony i jakiekolwiek minimal techno byłoby zbyt monotonne na mój stan, ale w każdym razie - rozczarowanie. Najlepszym momentem Hatch the Plan.
2/3 kawałki : Bardo Pond, Container, Death in Vegas, Josh T. Pearson, Nerwowe Wakacje, Profesjonalizm, Savages, Shabazz Palaces
Fenomenalny i zróżnicowany line-up, dobra pogoda i małe odległości między scenami. Wszystko to zwiastowało kolejną muzyczną ucztę w Katowicach i nie zawiodłem się, jak zawsze było doskonale. Wspominam o występach, na których byłem minimum 20 minut. Do pozostałych (gdzie wpadłem na chwilę) zamieszczam link, o ile ktoś udostępnił nagranie.
03.08.2012 - Piątek
kIRk - Kontrast mrocznego, elektronicznego brzmienia z wpadającym słońcem uderzał aż nadto. Tego typu występy aż się proszą o nocne sloty. Nagłośnienie też nie do końca udźwignęło potencjał kompozycji i wiele pysznych (na płycie) detali jakby się rozmyło. Co do samego występu - udany, a trio Bartnik-Dokalski-Kalinowski to kolejny polski projekt na godnym poziomie. Moim highlightem konszachty cybernetyki z trąbką.
Colin Stetson - Eksperymentalny jazz na saksofonie basowym. Wyrazistość i oryginalność artysty przyćmiewała pojawiającą się momentami monotonię utworów. Na płycie, o dziwo, brzmienie wydało mi się bardziej żwawe. Sam koncert wyglądał tak.
Kurt Vile and The Violators - Duże rozczarowanie. Bardzo lubię Smoke Ring for My Halo, ale występ okazał się niestety esencją folk-rockowej przeciętności.
Demdike Stare - 60% klimatu zabiła wczesna godzina, kolejne 20 - średnie nagłośnienie. Operowanie drone'ami zanurzonymi w estetyce dark ambientu (+ pyszne wizualizacje z różnych horrorów) o 18.45 nie miało szans powodzenia. Mimo to, 1/5 potencjału i tak wypadła przyzwoicie. Pozostaje tylko gdybać, co byłoby przy 5/5...
Converge - Rewelacja! Poziom płyt znalazł odzwierciedlenie w jakości koncertu. Jacob Bannon wbijał w ziemię swoim wokalem, prowadzonym przez agresywny (acz inteligentny) metalowo-hardcore'owy akompaniament.
Chromatics - Chwytliwe piosenki złożyły się na synth popową ucztę w klimacie żywcem wyciągniętym z filmu Drive. Cały koncert był jednym wielkim highlightem, ale do swojego top 3 zaliczyłbym: In The City, I Want Your Love i Lady. A, i oczywiście świetny cover Running Up That Hill (w oryginale Kate Bush). Bootleg do odsłuchania pod tym linkiem.
anbb (Alva Noto & Blixa Bargeld) - Współpraca mistrza zdehumanizowanej elektroniki z liderem Einsturzende Neubauten musiała przynieść wyjątkowy plon. Esencją schizofrenii było dla mnie Once Again, z dogrywanym na bieżąco wokalem i przerażającym aktorstwem scenicznym obu panów. One i Ret Marut również wypadły genialnie. Mistrzostwo.
King Creosote & Jon Hopkins - Na płycie duet brzmi lepiej, ale i występ epatował akustyczną nastrojowością. Publiczność zaś zaliczyła wtopę, gdy wyśmiała (od samego początku) niezbyt udany cover Nothing Compares to You. Po co?
Charles Bradley and His Extraordinaires - Soulowa petarda i świetny przykład na to, że karierę można zacząć robić w każdym wieku i nawet po ciężkich przejściach. Rozczulający wokalista z doskonałą barwą. Przykładem muzycznym The World (Is Going Up In Flames). Ze sceny można było poczuć funkowo-soulowy groove.
Mazzy Star - Legenda dream-popowej psychodelii nie zawiodła. Hope Sandoval czarowała wokalem, a sam występ, mimo repetytywnego, powolnego tempa miał swoją specyficzną, intymną atmosferę. Zburzyło ją niestety kilku wesołków z publiczności, którzy wciskali dla żartu (-_-) ręce przed projektory, zasłaniając wizualizacje. Fade Into You trafnie oddaje estetykę koncertu.
Metronomy - Ich ogłoszeniu towarzyszyło sporo kontrowersji, bo też - po prawdzie, nie wpisują się do końca w festiwalową konwencję. Tak czy siak, grupa zaserwowała satysfakcjonujący electropop, choć nic wielkiego to nie było. Z highlightów: The Look i The Bay
Atari Teenage Riot - Emanacja dzikości. Prymitywny, elektroniczny łomot, znany jako digital hardcore, był idealną pozycją na odmóżdżenie po pełnym wrażeń dniu. Alec Empire z drużyną zaimponowail kondycją i przebojowością. Koncert do obejrzenia tutaj.
Andy Stott - Może byłem już zmęczony i jakiekolwiek minimal techno byłoby zbyt monotonne na mój stan, ale w każdym razie - rozczarowanie. Najlepszym momentem Hatch the Plan.
2/3 kawałki : Bardo Pond, Container, Death in Vegas, Josh T. Pearson, Nerwowe Wakacje, Profesjonalizm, Savages, Shabazz Palaces
środa, 21 listopada 2012
Heineken Open'er Festival 2012 - dzień 3 i 4, relacja
Pop odmieniany przez wszystkie przypadki.
Dzień 3 - 06.07.2012
UL/KR - Udany przeszczep elektronicznej intymności z płyty na warunki koncertowe.
Toro y Moi - Uwielbiam albumy, ale na żywo Bundick znów (już po raz drugi) mnie nie porwał, choć było poprawnie. Urządziłem więc sobie własny chillwave, wylegując się na trawie.
Bloc Party - Być może zaszkodziła im godzina (20.00), bo występ okazał się bardzo nierówny, a i Kele Okereke zaprezentował średnią dyspozycję. Największe przeboje wypadły jednak przyzwoicie : Banquet, Helicopter.
Nosowska - Ogromne zaskoczenie! Art pop w najlepszym, światowym wydaniu! Wyborny wokal i scenografia, umiejętna żonglerka emocjami, piękna gra świateł. Scena namiotowa była optymalnym miejscem na występ artystki (podejrzewam, że nigdzie indziej nie wywarłby na mnie takiego wrażenia). Highlightów wymienić można kilka : Ulala, Kto? czy Jeśli wiesz co chcę powiedzieć. Nosowska porwała się też z motyką na słońce, coverując Let's Dance Davida Bowiego i nawet w miarę jej wyszło. Brawo!
Franz Ferdinand - Na ok. 20 minut. Załapałem się na Take Me Out, Can't Stop Feeling (wymieszane z I Feel Love Donny Summer) i Ulyssesa. Proste środki, a jaka energia sceniczna. Najlepszy, jeśli idzie o stężenie frajdy, rockowy show na tegorocznej edycji. Alexowi Kapranosowi przybyło pewnie wielu fanów.
Public Enemy - Mimo 30 lat na scenie dalej imponują naginaniem zasad, świetnym flow i charakterystyczną nieprzyzwoitością. Szkoda, że byłem tylko na kilku utworach. Całość do obejrzenia tutaj.
M83 - Przepiękny koncert (chyba lepszy od tego z 2009 roku). Anthony Gonzalez wraz z zespołem wykreował najbardziej klimatyczne widowisko tegorocznego Open'era, a We Own The Sky, Steve McQueen, Couleurs czy Midnight City, zasilone rewelacyjną grą światel i urozmaiconym instrumentarium, zabrzmiały jeszcze lepiej niż na płytach.
Julia Marcell - Kolejny dowód świetnej kondycji polskiego artystycznego popu (po Misi Furtak, Izie Lach i Katarzynie Nosowskiej). Niestety, bardziej niż na kontemplacji byłem skupiony na dochodzeniu do siebie po trudach dnia. Marcell prezentowała się zaś tak.
Profesjonalizm - Rozimprowizowana i uśmiechnięta twarz jazzu. Surrealistyczne kompozycje, ciągłe przeskoki z instrumentu na instrument, niespodziewane pauzy, gwałtowne crescenda i, po prostu, masa świetnej zabawy. Marcin Masecki jest bez wątpienia jedną z najwybitniejszych postaci na naszym współczesnym rynku muzycznym.
2 / 3 kawałki : Camero Cat, Kerekes Band, Sinusoidal, The Cardigans
Dzień 4 - 07.07.2012
The KDMS - Brytyjsko-polski duet potwierdził renomę maszynki do seryjnego wypluwania solidnego nu-disco. Nie znalazłem wersji koncertowych, ale Tonight, Wonderman i High Wire zabrzmiały w Gdyni przepysznie.
Świetliki - Żenada. Poczucie własnej wartości (szacunek za O.gród K.oncentracyjny i projekt z Bogusławem Lindą) to jedno, ale odpychające zblazowanie, jakie zaserwował frontman było wręcz niesmaczne. Pewnie, specyficzna konwencja, trzeba być wiarygodnym wizerunkowo etc., ale pomijając już aspekty behawioralne, sam koncert był po prostu słaby. Poza namiotem rozpętała się ogromna ulewa i czułem się jak w więzieniu, zmuszony słuchać co raz to bardziej idiotycznych anegdot i przeciętnie wykonanych piosenek.
Instrumenti - Gdy opady trochę ustały, popędziłem jak rażony piorunem na, jak się okazało, mój ostatni cały koncert tegorocznej edycji festiwalu. Na szczęście Łotysz z kapelą zafundował prawdziwie bajkowy show. Atmosfera przypominała mi odrobinę duńskie Mew, a wracająca do normy aura budowała niepowtarzalny klimat. Sentymentalno-radosny występ, czego ilustracją wykonanie Life Jacket Under Your Seat i Pilnigi Viens, uroczo przeplatał się z przebojowością (Born to Die).
2 / 3 kawałki : Cool Kids of Death, Fair Weather Friends, Keira Is You, Mumford & Sons
Z przyczyn losowych musiałem zwinąć się z terenu festiwalu ok. 20:30 i, tym samym, przegapiłem The Mars Volta, Janelle Monae, Bat for Lashes, SBTRKT, The xx i Friendly Fires, czego szczerze mi żal. Z cenniejszych pozycji umknęła mi też (drugiego dnia) Jessie Ware. Mam nadzieję, że szybko uda się nadrobić.
Spontaniczne top 10 :
1.M83
2.Björk
3.Penderecki // Greenwood
4.Orbital
5.Bon Iver
6.Nosowska
7.Yeasayer
8.Instrumenti
9.Profesjonalizm
10.Justice / New Order
Dzień 3 - 06.07.2012
UL/KR - Udany przeszczep elektronicznej intymności z płyty na warunki koncertowe.
Toro y Moi - Uwielbiam albumy, ale na żywo Bundick znów (już po raz drugi) mnie nie porwał, choć było poprawnie. Urządziłem więc sobie własny chillwave, wylegując się na trawie.
Bloc Party - Być może zaszkodziła im godzina (20.00), bo występ okazał się bardzo nierówny, a i Kele Okereke zaprezentował średnią dyspozycję. Największe przeboje wypadły jednak przyzwoicie : Banquet, Helicopter.
Nosowska - Ogromne zaskoczenie! Art pop w najlepszym, światowym wydaniu! Wyborny wokal i scenografia, umiejętna żonglerka emocjami, piękna gra świateł. Scena namiotowa była optymalnym miejscem na występ artystki (podejrzewam, że nigdzie indziej nie wywarłby na mnie takiego wrażenia). Highlightów wymienić można kilka : Ulala, Kto? czy Jeśli wiesz co chcę powiedzieć. Nosowska porwała się też z motyką na słońce, coverując Let's Dance Davida Bowiego i nawet w miarę jej wyszło. Brawo!
Franz Ferdinand - Na ok. 20 minut. Załapałem się na Take Me Out, Can't Stop Feeling (wymieszane z I Feel Love Donny Summer) i Ulyssesa. Proste środki, a jaka energia sceniczna. Najlepszy, jeśli idzie o stężenie frajdy, rockowy show na tegorocznej edycji. Alexowi Kapranosowi przybyło pewnie wielu fanów.
Public Enemy - Mimo 30 lat na scenie dalej imponują naginaniem zasad, świetnym flow i charakterystyczną nieprzyzwoitością. Szkoda, że byłem tylko na kilku utworach. Całość do obejrzenia tutaj.
M83 - Przepiękny koncert (chyba lepszy od tego z 2009 roku). Anthony Gonzalez wraz z zespołem wykreował najbardziej klimatyczne widowisko tegorocznego Open'era, a We Own The Sky, Steve McQueen, Couleurs czy Midnight City, zasilone rewelacyjną grą światel i urozmaiconym instrumentarium, zabrzmiały jeszcze lepiej niż na płytach.
Julia Marcell - Kolejny dowód świetnej kondycji polskiego artystycznego popu (po Misi Furtak, Izie Lach i Katarzynie Nosowskiej). Niestety, bardziej niż na kontemplacji byłem skupiony na dochodzeniu do siebie po trudach dnia. Marcell prezentowała się zaś tak.
Profesjonalizm - Rozimprowizowana i uśmiechnięta twarz jazzu. Surrealistyczne kompozycje, ciągłe przeskoki z instrumentu na instrument, niespodziewane pauzy, gwałtowne crescenda i, po prostu, masa świetnej zabawy. Marcin Masecki jest bez wątpienia jedną z najwybitniejszych postaci na naszym współczesnym rynku muzycznym.
2 / 3 kawałki : Camero Cat, Kerekes Band, Sinusoidal, The Cardigans
Dzień 4 - 07.07.2012
The KDMS - Brytyjsko-polski duet potwierdził renomę maszynki do seryjnego wypluwania solidnego nu-disco. Nie znalazłem wersji koncertowych, ale Tonight, Wonderman i High Wire zabrzmiały w Gdyni przepysznie.
Świetliki - Żenada. Poczucie własnej wartości (szacunek za O.gród K.oncentracyjny i projekt z Bogusławem Lindą) to jedno, ale odpychające zblazowanie, jakie zaserwował frontman było wręcz niesmaczne. Pewnie, specyficzna konwencja, trzeba być wiarygodnym wizerunkowo etc., ale pomijając już aspekty behawioralne, sam koncert był po prostu słaby. Poza namiotem rozpętała się ogromna ulewa i czułem się jak w więzieniu, zmuszony słuchać co raz to bardziej idiotycznych anegdot i przeciętnie wykonanych piosenek.
Instrumenti - Gdy opady trochę ustały, popędziłem jak rażony piorunem na, jak się okazało, mój ostatni cały koncert tegorocznej edycji festiwalu. Na szczęście Łotysz z kapelą zafundował prawdziwie bajkowy show. Atmosfera przypominała mi odrobinę duńskie Mew, a wracająca do normy aura budowała niepowtarzalny klimat. Sentymentalno-radosny występ, czego ilustracją wykonanie Life Jacket Under Your Seat i Pilnigi Viens, uroczo przeplatał się z przebojowością (Born to Die).
2 / 3 kawałki : Cool Kids of Death, Fair Weather Friends, Keira Is You, Mumford & Sons
Z przyczyn losowych musiałem zwinąć się z terenu festiwalu ok. 20:30 i, tym samym, przegapiłem The Mars Volta, Janelle Monae, Bat for Lashes, SBTRKT, The xx i Friendly Fires, czego szczerze mi żal. Z cenniejszych pozycji umknęła mi też (drugiego dnia) Jessie Ware. Mam nadzieję, że szybko uda się nadrobić.
Spontaniczne top 10 :
1.M83
2.Björk
3.Penderecki // Greenwood
4.Orbital
5.Bon Iver
6.Nosowska
7.Yeasayer
8.Instrumenti
9.Profesjonalizm
10.Justice / New Order
Subskrybuj:
Posty (Atom)












